Przeginia
Kuciński, Michałek, Staszek Piekarzów.

Kuciński

Jeśli nie najbogatszy, to jeden z najbogatszych był to gospodarz we wsi (w Przegini).Tak „nieprzyzwoicie” bogaty, że starszego syna (Mietka) posyłał do gimnazjum w Olkuszu (z resztą bez powodzenia).                                      

Pamiętam jeden wieczór (popołudnie), kiedy „pomagałem” w zbiorach. Lokomobila to była akuratna, wynajęta, zaprzągnięta do młockarni i „milion” ludzi wynajętych z okolicy.    Zresztą, Kuciński dbał o postęp. Na co dzeń był w użyciu kierat, już nie wynajęty, w którym konie miałem zaszczyt poganiać. Było to jedyne urządzenie ułatwiające życie przegińskie, ale trzeba było mieć je. Jednym słowem trzeba było być „bogatym”. To też rzadko kto je miał.
W czasie okupacji wynajmowali Kucińscy Niemcom pokój (bez własnej woli), w którym Niemcy urządzli biuro pomocnicze S.A. i w którym wspólnie ze Staszkiem Bartkowym byłem przesłuchwany. Po wojnie pewnie jako „kułacy”, Kucińscy, i z tego powodu mieli kłopoty. Dobrze, że mnie wtedy w Przegini nie było. Żyje w Przegini była nauczycielka z tego rodu imieniem Zofia, którą mam na zdjęciu u Dziadka na schodach razem z Szyszkowiczem. Jest to jedyne dziecko w butach.

Michałek.

To jedyny (oficjalny) rzeźnik w ówczesnej (przedwojennej) Przegini. Z Kucińskim łączył Go kanał burzowy, co przebiegał za Michałkiem i stodołą Kucińskiego. W normalnej pogodzie Przeginia pozbawiona była rzeki, ale przy burzy kanał zamieniał się w rwący potok górski. Stąd zaraz za Michałkiem był i jest most, na nieistniejącej rzece. Michałek robił pasztetkę, ale jaką. Najlepsze były „nogawki” (tj. wypełnione smalcem końcówki). Michałek pakował swoje wyroby w stare gazety. Dziadek (organista) w opakowaniach tych  wyczytywał „swieże” wiadomości. Miał Michałek córkę – Gienię, którą kochał (chociaż w Przegini to nie było modne) i odżywiał, jak na rzeźnika przystało, musi intensywnie, bo choć młoda była pulchna.  


Staszek Piekarzów.

Staszek Piekarzów, sklepikarz, brat Wojtka stolarza a szwagier Kucińskiego był chory na raka wargi. Ciągle miał przylepionego peta do dolnej wargi, aż zachorował. Gopodarkę miał pełną ze stodołą i chlewem. Był bogaty. Syna Adolka kształcił w Olkuszu w gimnazjum. Młodszy Edmund chodził ze mną do jednej klasy. Później był redaktorem.
Pierwsza operacja wypadła Mu (Staszkowi) w Krakowie w czasie okupacji.  Po operacji nadal miał przylepionego peta aż do śmierci.
Pamiętam Go z tamtych czasów. Mama posłała mnie do sklepu po kilo cukru. A że była zima na podłodze była warstwa błota pośniegowego. Po nasypaniu cukru, upuściłem go w błoto (była okupacja, więc cukier był skarbem) zebrałem więc wszystko, razem z błotem. Mama nie była szczęśliwa, ale nic nie mówiła, rozpuściła wszystko w wodzie, wymieszała i w razie potrzeby zbierała słodką wodę z góry.


 Jerzy Jopek

 
Potyczka lotnicza - 1945 r.

Dokładnie, to ja tego czasu nie określę, ale to było chyba w styczniu 1945 r., albo coś koło tego (w każdym razie przed wkroczeniem frontu), oczywiście w Przegini. Nad Sobalową chałupą, przed stodołą, staliśmy i oglądaliśmy to piękne widowisko. Na niebie, nad polami od strony sułoszowkiej, pojawiły się śliczne aluminiowe ptaki – samoloty i zaczęly do siebie strzelać! Trwało to więcej niż 15 minut. Koziołkowały, nurkowały, jak na jakichś popisach, a to przecież była walka, walka o życie. Wydaje mi się dziś, że to było nie dalej niż ok. ówczesnego n-ru 80 (szkoła miała nr 106). Pewnie nikt z walczących nie „dostał”, ale co rusz ktoś odlatywał, żeby za chwilę wrócić z innej strony. Samoloty były oczywiście śmigłowe i nowoczesne w owych czasach . Walka trwała za stodołami. Była bardzo malownicza na tle pogodnego, mroźnego, po przegińsku niebieskiego nieba, ale w tej grupie samolotów nie widziałem ani jednych (przytoczonych przez p. Komorowskiego - ministra obrony) drzwi od stodoły. Pewnie nie walczyli z sobą „prawdziwi Polacy”, a Niemcy i Rosjanie. ie przyszło nam do głów, że takie patrzenie w górę, nad głowy, może się smutno skończyć. Ważne, że Niemcy „brali po łbach”.

Jerzy Jakub Jopek.

 
Staszek Bartków

 Ustały swobodne wędrówki młodzieży po skałach z chwilą powołania posterunku S.A. (u Kucińskich, oczywiście bez Ich woli). Siostra Romka z „Wysokiego Brzegu” (na nawsiu) służyła gdześ w Krakowie u Niemców. Musiała przecież z czegoś żyć, a przy tym unikała wywózki do Niemiec na przymusowe roboty! Nas jednak , dzieci nic to nie obchodziło i tylko została niechęć do Romka.

Był pewnie maj. Całą paczką łapaliśmy przed wieczorem chrabąszcze, aż tu idzie Romek: Rozpierzchliśmy się. Kilku ze Staszkiem Bartkowym zaczaiło się w rowie i kiedy Romek nadszedł Staszek wyskoczył, uderzył Go w głowę kamieniem, Romek upadł, a gdy się ocknął „bohaterów” już nie było. Sprawa się sypnęła. Na drugi dzień przyszli po Staszka i po mnie S.A.-mani, bo nas dwóch Romek poznał. Zamknęli nas w komórce pod stodołą. Już zaczęliśmy kombinować jak tu uciec do partyzantki (mieliśmy po ok. 10 lat) , ale czasu  brakło, bo przyszli po nas.

„Rozprawę” rozpoczął polskojęzyczny Ślązak od słów: „chtóry starsy?”. Staszek był starszy ode mnie, więc On pierwszy musiał zdjąć spodnie i wypiąć się gołym tyłkiem na przedstawicieli III Rzeszy. Lali solidnie pasem wojskowym, aż echo szło po pustej izbie.(W brew pozorom ten drugi ma gorzej, bo nie dość,że za chwtlę sam dostanie, to jeszcze musi oglądać cudzą goliznę).Z każdym uderzeniem pasa w Staszkową sempiternę docierało do mnie szybciej, że Szkopy boją się czerwonki, która zaczęła we wsi panować. Sam „sędzia” i kat w jednej osobie ułatwił mi łgarstwo, bo spytał czemu nie przyszedłem sam, jak kazał goniec.  .Odpowiedziałem, że chory byłem na czerwonkę i jeszcze jestem słaby, a blady pewnie byłem ze strachu, to  byłem wiarygodny. ”Poszwargotali” między sobą, usłyszałem   „n e i n”  i ..nie dostałem. Pan Bóg podobno każdemu dał rozum (choć czasem trudno w to uwierzyć) i wolną wolę W ten sposób wykorzystałem tę część, której nie mogli mi zabrać,bo przcież wolną wolę mi zabrali.Tłumaczyłem się w drodze  powrotnej  Staszkowi, że mi nijak, bo ja nie dostałem, ale skwitował to tak, że przecież to dobrze, że oszukaliśmy Niemców.

Chyba to prawda, że nie ma nic za darmo, bo wkrótce zachorowałem na czerwonkę. Dziś, po latach wiem, że z tym „rozumem” to byliśmy na bakier i widzę taki bilans: Polak Polakowi rozbił łeb, a temu Polakowi Niemiec tyłek sprał. Na nieszczęście (już większe) dorośli i to daleko od Przegini myśleli podobnie i w czasie wojny i po wojnie i teraz też.

P.S.1 Dziś (2009), gdy spojrzałem na zdjęciu w twarz Anieli (siostrze Romka) i jej zabójcy  na łamach opublikowanej praz  P. Tomczyka z Racławic Historii Przegini ogarnia mnie smutek i złość bezsilna! Tę dziewczynę pamiętam, to morderstwo też (popełnione w imię wilczego prawa zaborcy) ! To upiorne wspomnienie dzieciństwa poświęcam  p. Eryce Steinbach i p. Tomaszowi Grossowi. Dorzucam im bezpłatnie 6-ciu zabitych u Izdebskich i głuchoniemego „upolowanego” już 5-go września przez wehrmachtowcow (str.141 i 172 i 3 ). Oni bowiem (Gross i Steinbach) budzą ponownie rzeczywistość która, na szczęście, minęła (mam nadzieję, że po obu stronach granicy).

Jerzy Jopek, Barczewo, grudzień 2006 r.    

 
Przeginia pamięta.

Kilka miesięcy temu obchodziliśmy 70 rocznicę wybuchu II wojny światowej, a przed kilkunastoma dniami - 65 rocznicę jej zakończenia. Chociaż od wojny minęło już wiele lat, to pamięć o tych tragicznych wydarzeniach pozostaje w naszym społeczeństwie wciąż żywa. Świadczą o tym liczne uroczystości upamiętniające ten bolesny dla nas okres represji i cierpień. Jedna z takich uroczystości była obchodzona 30 sierpnia 2009 r. w Przegini (gmina Jerzmanowice- Przeginia) na miejscowym cmentarzu parafialnym i była połączona z poświęceniem pomnika ku pamięci ofiarom wojen.

Po odprawieniu uroczystej mszy św., pomnik poświęcił ks. Marcin Majcher, a jego odsłonięcia dokonała Stefania Kondratowicz, która w czasie wojny przez kilka lat przebywała na robotach przymusowych w Rzeszy. Uroczystość uświetniła młodzież z Zespołu Szkół w Przegini, która pod kierunkiem nauczycieli - Lucyny Izdebskiej i Zofii Kondratowicz - przygotowała program artystyczny. Wśród licznie zgromadzonych mieszkańców Przegini i Zedermana byli też zaproszeni goście: radni gminy Jerzmanowice– Przeginia, wójt gminy Adam Piaśnik, radny powiatu olkuskiego Józef Stach, sołtys wsi Zederman Edward Rogóż oraz radni powiatu krakowskiego Tadeusz Nabagło i Kazimierz Tomczyk. Inicjatorami wybudowania pomnika byli miejscowi radni oraz członkowie rady sołeckiej, zaś autorem projektu był radny Stanisław Rogóż.

Mając przychylność ks. proboszcza Władysława Jaśkiewicza na umieszczenie pomnika na kwaterze poległych żołnierzy z czasów I i II wojny światowej, szybko udało się zrealizować ten pomysł. Należy przy tym dodać, że bezinteresowną pomocą przy jego budowie służyli następujący mieszkańcy Przegini: Andrzej Rogozik, Jan Stach, Zbigniew Rogóż, Józef Piekarz, sołtys Roman Rogóż i inni. Pomnik ku czci „Ofiarom wojen, poległym i pomordowanym” jest świadectwem, że Przeginia pamięta o swych mieszkańcach, którzy w czasie ostatniej wojny stracili życie. Pamięta także o żołnierzach niemieckich i radzieckich, którzy zginęli na terenie wsi w 1945 r. oraz austriackich i rosyjskich poległych w 1914 r. Jak wspomniałem, nasza pamięć o II wojnie światowej jest nadal żywa. Należy jednak zdawać sobie sprawę, że w miarę upływu czasu sytuacja ta będzie ulegać zmianie.

Trafne są słowa   historyka brytyjskiego Normana Davisa: „Naród bez historii błądzi jak człowiek bez pamięci”. Niech zatem słowa tej sentencji będą dla nas przesłaniem - byśmy nie pobłądzili i nie zatracili pamięci, a przez to swej tożsamości narodowej. Aby do tego nie doszło, ważne jest przypominanie, nagłaśnianie i przekazywanie, szczególnie młodemu pokoleniu, prawdy historycznej o tragicznych wydarzeniach i skutkach ostatniej wojny. Tego zadania powinny się podjąć nie tylko szkoły, samorządy, władze państwowe, czy też organizacje społeczne i badacze historii, ale także my sami, bo przecież nie chodzi tu o rozdrapywanie ran, lecz o zwykłą, ludzką pamięć o ofiarach wojen, które za wcześnie i za szybko od nas odeszły. Kazimierz Tomczyk

(materiał archiwalny z 2009 r., ukazał się w Biuletynie Powiatu Krakowskiego)

 
Kat i ofiara. Przeginia 1943 r.

 

aniela

Ofiara. 3 lutego 1943 r. została rozstrzelana w Przegini Aniela Skóra, lat 20. Zginęła  z rąk żandarma Roberta Eiglera, za porzucenie pracy u Niemki w Krakowie. Aniela była zatrudniona w niemieckiej rodzinie w charakterze służącej. Gdy jej chlebodawcy wyjechali na jakiś czas do Niemiec, nie zostawili jej nic do jedzenia. Dziewczyna zmuszona była oddalić się do swego domu. Po powrocie do Krakowa zastała już Niemców na miejscu. Doszło do kłótni, w wyniku której Aniela strąciła Niemkę ze schodów i uciekła do Przegini. Tutaj ukrywała się przed policją granatową. Jak wspomina jej bratowa – po tym zdarzeniu została założona sprawa sądowa, na którą dwukrotnie Aniela nie stawiła się. Sąd orzekł, że ma zostać rozstrzelana natychmiast po zatrzymaniu. Tak się też stało. Aniela została zatrzymana,  a następnie pobita i rozstrzelana przy stodole swego domu rodzinnego. Aniela Skóra została pochowana na cmentarzu parafialnym w Przegini. 

 

eiglerzdj

 

 

Kat. Robert Eigler pochodził z Bielska. Był komendantem posterunku żandarmerii hitlerowskiej w Sułoszowie, następnie w Skale. Według oświadczenia wójta gminy Sułoszowa z 1945 r. Robert Eigler zastrzelił w Szklarach trzech nieznanych mężczyzn, prawdopodobnie jeńców Armii Czerwonej. To zdarzenie miało miejsce w 1943 r. W materiałach zgromadzonych  w  Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, która mieści się w Instytucie Pamięci Narodowej w Krakowie znajduje się wiele informacji o  jego zbrodniczej działalności z czasów ostatniej wojny.                                                 Kazimierz Tomczyk

 
Zbrodnia hitlerowska w Przegini - 1944 r.

12 sierpnia 1944 r. żołnierze niemieccy rozstrzeli w Przegini  6 osób. Zginęły wtedy 4 kobiety z Sosnowca oraz Anna i Józef  Chwastowie z Przegini, rodzice trójki dzieci. Jak doszło do tej zbrodni ukazuje nam materiał dowodowy, zebrany przez Okręgową Komisje Badania Zbrodni Hitlerowskich w Krakowie. Tym materiałem są protokoły przesłuchania sześciu świadków tej tragedii, tj. Mariana Chwasta, Czesława Chwasta, Tadeusza Adamczyka, Stanisława Izdebskiego, Doroty Izdebskiej i Stanisława Bigaja. Przesłuchania te miały miejsce pod koniec 1977 r. Celem śledztwa było ustalenie nazwisk funkcjonariuszy niemieckich, którzy dokonali tej zbrodni, a faktycznej liczby rozstrzelanych Polaków [świadkowie podawali sprzeczne ze sobą informacje, jedni mówili, że zginęło pięć osób, a drudzy sześć]. W grudniu 1977 r. sędzia Sądu Rejonowego w Krakowie postanowił zawiesić postępowanie przeciwko niezidentyfikowanym funkcjonariuszom niemieckim, z powodu zaistniałej długotrwałej przeszkody uniemożliwiającej prowadzenie śledztwa. Na podstawie materiałów dowodowych sąd ustalił stan faktyczny tego wydarzenia, które przebiegało w sposób następujący:

W dniu 12 sierpnia 1944 r. w godzinach przedpołudniowych do wsi Przeginia przybyła grupa uzbrojonych i umundurowanych Niemców. Po przybyciu udali się oni do zagrody miejscowego gospodarza Stanisława Izdebskiego, u którego w stodole nocowało 7 osób. W skład grupy nocującej wchodziło 3-ch mężczyzn i 4 kobiety. Przybycie Niemców spowodowało  panikę wśród tych osób. Mężczyźni poczęli uciekać i dwóm mężczyznom udało się zbiec, natomiast 3-go Niemcy pochwycili i po skrępowaniu mu rąk powrozem zaprowadzili go do stojącego samochodu. Kobietom nie udało się uniknąć aresztowania i wszystkie 4 zostały zatrzymane, a po zatrzymaniu Niemcy wyprowadzili je na podwórze, na którym polecili położyć się twarzami do ziemi. W tym czasie kiedy dokonywano aresztowań wyżej wymienionych osób, inna grupa Niemców aresztowała Annę i Józefa Chwastów, którzy byli mieszkańcami Przegini. Aresztowane małżeństwo zostało dokonwojowane do leżących kobiet i po ułożeniu ich w analogiczny sposób a jakie leżały pozostałe osoby, jeden z Niemców podchodził do każdej leżącej osoby i strzałami z broni palnej oddawanymi w tył głowy zabijał je. Po dokonanej egzekucji funkcjonariusze ekspedycji zatrzymali jadącego furmanką, na pole świadka Tadeusza Adamczyka i polecili mu załadować na wóz pomordowanych./zeznania świadka Doroty Izdebskiej/. Tadeusz Adamczyk przy pomocy innego gospodarza Stanisława Bigaja oraz jeszcze innego funkcjonariusza niemieckiego załadował na wóz pomordowanych i zgodnie z poleceniem  odwiózł ich na miejscowy cmentarz, na którym we wspólnej mogile pochowano zabitych. /zeznania świadka Tadeusza Adamczyka i Stanisława Bigaja/. W toku prowadzonego śledztwa nie udało się ustalić bliższych danych pomordowanych poza małżeństwem Chwastów, którzy  - jak już wyżej zaznaczono  - pochodzili z miejscowej wsi, ustalono jedynie, że pozostałe rozstrzelane kobiety miały pochodzić z miasta Sosnowca, ewentualnie jego okolic. Do wsi tej przybyły one celem zakupienia od miejscowych gospodarzy artykułów spożywczych. Żaden ze słuchanych świadków nie znał ich prawdziwych imion ani nazwisk., gdyż jak już zaznaczono nie były one znane bliżej tym świadkom. Niemniej jednak świadek Dorota Izdebska podała, że aresztowany przez Niemców mężczyzna prawdopodobnie nazywał się Karkosz, oraz że dwie rozstrzelane kobiety prawdopodobnie nosiły nazwiska Zawadzka i Karkosz.

Inny słuchany świadek Czesław Chwast oświadczył, że nazwiska rozstrzelanych 2-ch kobiet prawdopodobnie brzmiały Karkowska i Nowakowa. Te skąpe informacje na okoliczności bliższych danych osób rozstrzelanych przez Niemców, nie pozwoliły na właściwe „ukierunkowanie” śledztwa celem ustalenia faktycznych danych osobowych tych kobiet. Niemożność ustalenia nazwisk wszystkich osób zabitych, doprowadziło do innych rozbieżności. Mianowicie świadkowie Stanisław Bigaj  i Tadeusz Adamczyk stwierdzili w swych zeznaniach, że po rozstrzelaniu wyżej wymienionych osób na cmentarz odwieźli oni 5-ciu zabitych. Ilość zabitych przez Niemców osób podanych przez tych świadków jest sprzeczna z ilością podanych zabitych przez świadków Czesława Chwasta, Dorotę Izdebską, Mariana Chwasta, którzy stwierdzili, iż zostało rozstrzelanych 6 osób. Należy przyjąć, iż ilość osób rozstrzelanych podana przez tych świadków odpowiada stanowi faktycznemu. Za tego rodzaju rozumowaniem przemawiają takie fakty, jak to, że świadek Dorota Izdebska stwierdziła, iż w stodole ich nocowały 4 kobiety o nie ustalonych nazwiskach, które zostały aresztowane przez Niemców. Żadnej z aresztowanych kobiet nie udało się uciec. W każdym razie nikt takiego faktu nie stwierdził, natomiast świadkowie stwierdzili, iż pojmane kobiety zostały rozstrzelane. Jeżeli do tej liczby rozstrzelanych kobiet, doda się rozstrzelane małżeństwo Chwastów, to należy dojść do wniosku, iż wszystkich zamordowanych przez Niemców było 6 osób.(...).

W tym miejscu nasuwa się pytanie, co było przyczyną tej zbrodni. Z protokołu przesłuchania świadka Tadeusza Adamczyka dowiadujemy się, że prawdopodobnie powodem zabicia wyżej wymienionych kobiet było to, że przybyły one ze Sosnowca celem zakupienia u miejscowej ludności tytoniu. Kobiety te nocowały w stodole Stanisława Izdebskiego. Jeżeli chodzi o zabicie Chwastów, to ludność miejscowa twierdziła, że Chwastowie rozstrzelani zostali przez Niemców dlatego, że pomagali osobom handlującym, a w szczególności że nie chcieli przenocować Krawczyka wraz z innymi handlarzami. Krawczyk jak twierdzono był volksdeutschem i jednocześnie konfidentem i dlatego też, chcąc wywrzeć zemstę na Chwastach miał rzekomo donosić Niemcom, że we wsi nocują handlarze, a nadto że Chwastowie nie chcieli go przenocować wraz z innymi osobami. W związku z tym Niemcy go rozstrzelali wraz z żoną...

Donos konfidenta – jako powód rozstrzelania podają nam też inne źródła, tj. ankieta z 1945 r., dotycząca przebiegu działań wojennych  i okupacji niemieckiej w Przegini, a także protokół przesłuchania Mariana Chwasta i wspomnienia mieszkańców wioski. Z przytoczonego materiału dowodowego wiemy, że oprócz małżeństwa Anny i Józefa Chwastów wśród rozstrzelanych były kobiety, których nazwiska prawdopodobnie brzmiały: Zawadzka,  Karkosz, Karkowska i Nowakowa.  Z kolei aresztowany mężczyzna nazywał się podobno Karkosz.

Spośród tych nazwisk udało się ustalić bliższe dane dwóch kobiet. Informacje te odnaleziono w księdze zgonów parafii Przeginia, w której odnotowano, że 12 sierpnia 1944 r. - pluton niemieckiej żandarmerii rozstrzelał razem z Chwastami dwie kobiety. Były to: Katarzyna Zawadzka lat 28, żona robotnika z Sosnowca i Waleria Karkowska, lat 35, córka Romana i Wiktorii Kasza, żona robotnika z Sosnowca. Ta ostatnia z kobiet, Waleria Karkowska być może była spokrewnioną z aresztowanym mężczyzną, którego nazwisko prawdopodobnie nie brzmiało Karkosz, lecz Stanisław Kasza. Według relacji Jana Rosia z Zedermana, ten mężczyzna przed rozstrzelaniem leżąc z innymi na ziemi, uciekł w pole w kierunku Zawady. Stanisław Kasza pochodził z Sosnowca i był żołnierzem Armii Krajowej, ps. Zelówka”.  W aktach zgonów parafii Przeginia  nie ma  nazwisk pozostałych dwóch kobiet, które według świadków nazywały się podobno Nowakowa i Karkosz.  

(Kazimierz Tomczyk, Dzieje wsi i parafii Przeginia, Kraków 2008.

 
Obrona Przegini

„Nikt nam nie odda nic, bo z nami Śmigły, Śmigły, Śmigły Rydz ...”. To była ówczesna parodia ówczesnej piosenki „patriotycznej”. Jakże trafna. Wicia (moja siostra) należała do jakiejś Ligi (Obrony Powietrznej), czy innej, utworzonej chyba na doraźne potrzeby lata 1939 roku. W żadnej encyklopedii nie ma wzmianki o tej lidze, ale ona była i jej członkiem była właśnie Wicia. Na szkoleniach samoobrony wkładano w młode głowy ( w tym i Wici ) informacje różne, ale przede wszystkim uczono obrony przeciwgazowej. Gazem mieli bowiem Niemcy atakować. Wyposażona w maski z gazy (własnej roboty) i jakiś proszek, rozpuszczalny w wodzie czekała Wicia na przelot samolotu i wrogi zapach. Stało się, samolot przeleciał, a zaraz potem zapachniało. Alarm przeciwgazowy o tyle się nie udał, że nie było Kuby (czyli mnie ), żeby go ubrać w maskę, ani Taty. Domownicy, co byli w domu i sąsiedzi, wszyscy mieli na twarzach maski Pod koniec alarmu Wicia stwierdziła, że babka Sobalowa nie ma maski na twarzy, że się otruje. Toteż pospiesznie podsunęła jej maskę i garnczek z płynem. Ta, miast wdzięczności, zaczęła mędrkować, że siecze ziele dla kurcząt i dlatego ten zapach, a samolot to była zwykła awionetka. Taką to tęgą obroną przeciwlotniczą dysponowała Przeginia. To pamiętam tylko z opowiadania.

Jerzy Jopek

 
Ciuryk

Jak już rzekłem Dziadek Franciszek (Domagała) był w Przegini organistą. Obowiązki i uprawnienia, związane z tym „urzędem” były dość szerokie. Między nimi było także rozwożenie po parafii opłatków bożonarodzeniowych. Każdy obdarowany opłatkami dawał za to organiście „co łaska”. Były to zazwyczaj jajka, mleko,  ale zdarzały się i pieniądze. Była to także część wynagrodzenia organisty, skromnego, ale zawsze. Parafia była spora, bo należały do niej Zederman, Kosmołów Zimnodół, chyba Osiek i Zawada. Opłatków trzeba więc było nie mało, a wypiekało się je w domu u Dziadka ręcznie. Były więc opłatki zwykłe, z makiem i cukrem, kolorowe do robienia „światów” na choinkę, dla krów, dla koni i innych zwierząt. Każdy komplet był oklejony kolorową, papierową wstążką i stanowił sporą paczkę.

Do wypieku używało się „żelaz”. Były to szczypce, zakończone szerokimi szczękami z bogatymi ( od wewnątrz) wzorami  z podobiznami różnych świętych i scen z  biblii, z narodzin pańskich. Żelaza te rozgrzewało się w piecu kuchennym (w palenisku), następnie wylewało się na nie  trochę płynnego ciasta i ściskało się szczypce. W ten sposób uzyskiwało się cieniutki placek z wypłyniętymi na boki „kluchami”. Te trzeba było równo, nożyczkami, obciąć. Za jednym grzaniem wypiekało się kilka opłatków. Było więc z tym roboty co niemiara.
 Stąd też do pomocy przychodzili w „opłatkowym” czasie młodzi chłopcy ze wsi. Pracowali przez wiele wieczorów, opowiadali różne „gadki”, robili sobie różne psikusy, bo przecież to była jedyna rozrywka (nie było ani prądu, ani telewizji). Przy tej robocie głodnieli. Na bieżąco więc, co któryś opłatek, piekli placki z obrzynków i zjadali je. Zdarzyło się, że Piotrek, dla którego akurat pieczono placek, musiał wyjść na dwór. To jedyna okazja, żeby mu zrobić „kawał”. Do obcinków domieszali mu pozostali w izbie co kto miał: a to miału z kieszeni, a to pokruszonego „tabaku”. Takim plackiem uraczony Piotrek wymiotował jak najęty, a inni mieli uciechę i ten placek nazwali ciurykiem (pewnie od niemieckiego: zuriick – z powrotem). Czy kawał był udany nie mnie osądzać.                                            
Jerzy Jopek

 
Mikołaj „Cain’

Cain, bo w Przegini tamtych czasów rzadko kto używał nazwisk, bo i po co one były potrzebne? Za to każdy miał przydomek na wewnętrzny użytek wsi. Nazwisk używano tylko dla urzędów. Ten Mikołaj o którym będzie mowa nazywał się akurat Piekarz. Był bliskim sąsiadem szkoły. Dla mnie zawsze był stary , jak te lipy pod kościołem i zawsze „Wy”. Kto wie czy nie najstarszy był swego czasu we wsi. Dzieci miał i dorosłe i w moim wieku i młodsze ode mnie. Z pierwszego małżeństwa z żoną, co umarła, byli: Franek (już żonaty i dzieciaty) co siedział w komorze u ojca i Julek , co też u ojca siedział, ale choć był dorosły to się jeszcze nie ożenił. Cain był nie tylko Mikołaj. Był przecie jego sąsiad Kuba, Jędras i stary Caja, co już nie żył, ale w jego chałupie mieszkała wdowa z córką. U nich to zbierały się dziewczyny i młode baby na przędzenie z kądzielami. Jak dziewczyny, to i chłopaki i chłopy. Opowiadali różne godki, czasem nieżle improwizując.

Był też Jędras Cain. (U tego Jędrasa to nieszczęścia chodziły trójkami. Nie dość, że dwie córki były niewidome, to jeszcze Kaśka  -też córka- miała bącka z Korkiem).Kiedyś, z carskiego ukazu (marzec 1864) łan ziemi dostał człowiek o nazwisku Czaja i stąd wszyscy, co mieszkali na dawnej jego ziemi byli caini, choć nikt nie nosił tego nazwiska.

Z drugiego małżeństwa (u Mikołaja) byli: Anielka, Lodzia i Jasiu. Może ta były i póżniej jakie dzieci, bo kobiyta była śwarno, młodo i zdrowo tak, ze jak miało być dziecko, to wchodziyła po drabinie na góre i po niedługim czasie schodziła  po drabinie z dzieckiem.Mikołoj był kiesik sołtysym, ale jesce za cara. Na starość nieco zdziwaczał. Lubił wygrzewać się w słońcu na progu sieni. Ale nie tylko siebie wygrzewał. Ze „ starych, dobrych” czasów zostało Mu sporo (jak na Przeginię) rubli. Kiedy wszyscy z okolicy byli na sumie, a  pogoda sprzyjała, On za osłoną szczelnego płotu rozkładał te pieniądze na trawie, przyciskał banknoty kamieniami i wietrzył. Kiedy wścibski sąsiad mówił mu, że te pieniądze już dawno nie są ważne odpowiadał oni tu jesce przydom. Popatrzcie ludzie: miał rację – przyszli, ale rubli to już nie chcieli.

O Mikołaju Piekarzu wspomina p. Kazimierz Tomczyk z Racławic w swojej książce „Dzieje Wsi I Parafii Przeginia” w aneksie o sołtysach. To pewnie za jego „sołtysowania” na wiejskim zebraniu padło owo sakramentalne NIE dla szkoły, bo jak sie chłopoki bedom ucyć, to nie Bedom na polu robić.
Jerzy Jopek

 
Wyzwolenie

Była piękna, mroźna, pogoda styczniowa. W słońcu śnieg lśnił miliardami iskier.Wracaliśmy z przegińskiego cmentarza. Właśnie rok wcześniej pochowaliśmy tu Babcię Rózię i stąd  nasza wizyta u Niej. Droga  wiodła pod stromą górę (pod Moscalonkę).Uczepiony rękoma Mamy i Ciotki Olesi udawałem, że się ślizgam. czym trochę Je wyrwałem z  hiobowego nastroju, spotęgowanego  od paru dni odgłosami, zbliżającego się gdzieś od Sułoszowy, frontu. Byliśmy na Spławach. Spławy (przycmentarna część Przegini) leżały na stromiźnie, a wspinający się gościniec miał kilka serpentyn, po których ładowne wozy konne mogły wjechać tylko wspomagając się wzajemnie.

Poprzedniej nocy cofający się oddział niemieckiej piechoty, ubrany na biało,  zatrzymał się  na krótki wypoczynek .Jakaś grupa wypoczywała na siedząco i u nas w kuchni.  Ci do niedawna „kulturtregerzy”, „zwycięzcy na wszystkich frontach”, kiwali się zasypiając na ławce bez oparcia w pełnym uzbrojeniu. Dzisiaj byłoby ich może żal. Był to krótki incydent i w żaden sposób nie wydał mi się związany z tym, co działo się później. Nieoczekiwanie od strony Olkusza i tych serpentyn zaczął się dziwny, nieznany, grożnie narastający pomruk. Wkrótce okazało się. że to „Tygrysy”, „Pantery” i inne wojskowe pojazdy niemieckie (razem kilkadziesiąt). Szybko, wprawnie ustawiły się między chałupami, stodołami i chlewami po sułoszowskiej stronie wsi , frontem do okopów przeciwczołgowych. W szkole ulokował się sztab. Tam mieszkaliśmy. Nie było na co czekać. Mama złapała kilka najpotrzebniejszych rzeczy, mnie za rękę    i „wio” – do Dziadka! Dotarliśmy do stawów (najniższe miejsce między szkołą, a domem Dziadka). Tu zaczął się lekki ostrzał artyleryjski. Ukryliśmy się na zamarzniętym stawie, pod wysokim brzegiem. Na gościńcu oszalałe ze strachu wojskowe konie miotały się razem z furmankami, bo ludzie znaleźli sobie schronienia. Trwało to kilkadziesiąt sekund i przeszło, jak burza.

Wiesiek (brat) został w szkole, aby napoić krowę i owce. Poszedł z wiadrami po wodę do Walkowego stawu i już wracał, kiedy spostrzegł zbliżający się systematyczny ostrzał. Postawił wiadra na poboczu a sam padł w koleinę polnej drogi. Gdy minęła „ strzelanina” stwierdził, że jest mokry. To woda z podziurawionych wiader Go polała. W każdym wiadrze było kilkanaście dziur po odłamkach. Dotarliśmy z Mamą do dziadkowego domu, ale na pierwszą „strzelaną” noc schowaliśmy się w betonowanej piwnicy, pod „murowańcem” sąsiada Tomka. Ludzi było pełno. Zaduch  był okropny, że nie chciała się palić świeczka, a i tak „baby” zatykały klapę  poduszką, „żeby bomba nie wleciała”. W piwnicy były tylko kobiety i dzieci.  Mężczyźni byli wolni, bo pewnie i tak brakłoby dla nich miejsca. Niemcy się wynieśli, w dzień strzelanie ustało, ale za to w domu Dziadka zjawili się „Własowcy” Ubrani w białe maskujące kożuchy wyglądali groźnie. Kroili chleb z dużego, białego bochna i jedli ze smażonymi na patelni grubymi, dużymi płatami słoniny.”Kucharz” chciał mnie poczęstować, ale zdecydowanie odrzuciłem propozycję, przez co choć na chwilę urosłem w oczach rodziny. Po południu dowiedzieliśmy się o śmierci, od pocisku artyleryjskiego, (rosyjskiego) młodego chłopca z „końca” wsi (pod Ostrą Górką, Koło Gotkowic – na „pańskim”).

Mocno się rozczarowaliśmy, bo sądziliśmy, że to już po wojnie, a niemieckie „Tygrysy” wróciły przed wieczorem. Wieczorem na Niemców, ale i na Przeginię, posypały się  pociski z dział rosyjskich, tym razem nie na żarty. Właściciel piwnicy Tomek, co z ukrycia obserwował świecące w nocy pociski, zajrzał do nas i stwierdził: „jakie tyz ta piykności lotajo po niebie”. Od tych piękności spłonęło we wsi kilka domów. Na szczęście nie zginął nikt z mieszkańców, ale popalone w chlewach zwierzęta, uwiązane wycisnęły w pamięci dziecka trwałe ślady. Po ostrzale, od strony Czubrowic (Dupnika, Huby, Nowej Wsi) rozpoczęli Rosjanie atak piechoty. W piwnicy słychać było przeciągłe wielogłosowe URRAAA! Zaskakująco wysoko brzmiało. Słyszeliśmy powolne „pepesze” i szybki niemiecki CKM. Po ok. dwóch godzinach wszystko ucichło i tylko dymiły pogorzeliska. Rano przemknęły gościńcem ZISy z rozśpiewanymi „dziewuszkami”. Niemcy uciekli tym razem bezpowrotnie. Kilku zostało tu na zawsze. Jeden, w mundurze Wehrmachtu, leżał kilka dni przy remizie strażackiej, czekając na swoją kolej, bo najpierw chowali przegińscy chłopcy poległych żołnierzy radzieckich, a było co chować. Ich koledzy, co przeżyli, pijani zmęczeniem i wódką obejmowali ich zmarznięte, zakrwawione zwłoki, całowali i opłakiwali. ”Brat ty moj – Ty pogib”. Pamiętam te słowa, przepojone rozpaczą. Ilu ich zginęło nie wiem. Na polach za kościołem, koło Dupnika martwi leżeli, jak snopki po żniwach.

Od strony sułoszowskiej, między przeciwczołgowymi okopami, a wsią stał spalony czołg rosyjski ; na nawsiu, niedaleko remizy stał rozbity, spalony samochód wojskowy (niemiecki) pewnie związany z łącznością, bo pełen różnych uzwojeń. W różnych miejscach leżały kupy amunicji artyleryjskiej. Późnym rankiem, gdy byliśmy już w domu, mały Rosjanin biegł ścieżką koło szkoły z pepeszą gotową do strzału. Spotkaliśmy Go z Mamą, gdy byliśmy na schodach ganku. „Nie bojsa...” (tyle zrozumiałem) i pobiegł dalej. Za chwilę dało się słyszeć kilka serii pepeszki. To on zabił zapóźnionych, zaspanych, chyba trzech Niemców, co liczyli na powrót swoich i w najlepsze golili się „ na kwaterze”.

Dziwny to cmentarz, ten przegiński. Leżą tu szczątki żołnierzy co najmniej obu światowych wojen, leżą pomordowani przez Niemców, a żadna nawet tablica tego nie upamiętnia poza błędnie napisaną datą na nagrobku p - twa Chwastów. Może chodzi o spokój w tym miejscu? Nawiasem mówiąc ekshumacji zwłok poległych w pierwszej wojnie przyglądałem się, jako dziecko tak małe, że wyraz żołnierz wymawiałem „ondzież”. Oczywiście pamiętam to tylko fragmentarycznie. Grób żołnierski, który rozkopywano przy mnie leżał gdzieś na polu „Sędzi” w pobliżu tego rosyjskiego czołgu, spalonego dużo później.

Barczewo, dn. 31.08.2007 r., Jerzy Jopek

 
"Cud" w Przegini

Nikt nie wie ile miały lat. Rosły tam zawsze. Pamiętały pewnie przejazd Księżnej Mazowieckiej do Krakowa z Danusią Jurandówną. Pamiętały przemarsz Jana III Sobieskiego pod Wiedeń. Żadne wichry, żadne burze nie były im straszne.Wojenne przetrwały zawieruchy.Widziały Austriaków, walczących z Rosjanami, widziały Niemców idących "nach osten" pod znakami splugawionego krzyża. Tylko wszechmocny czas nieco je nadgryzł.Puste już były, ale miały nowe korzenie w środku, co je kapitalnie wzmacniały już kiladziesiąt lat.Prócz nietoperzy i dzieci nikt do środka nie zaglądał, bo straszno tam było. Tworzyły zamknięty krąg, niczym chram ze "Starej Baśni". Żadnej nie można było objąć i w pięcioro. Deszcz pod nimi zaczynał padać dużo później, niż na dworze. Po sumie Staszek Wołków -Krzystanek (sołtys) wchodził na korzeń którejś z tych starych lip, niczym ksiądz na ambonę i ogłaszał co należy.Przed nim robili to chyba wszyscy sołtysi od kiedy ten urząd zaistniał.

Przepiękne to były lipy, cud natury. Piękne je stworzył Bóg, ale nie uodpornił ich na wszystko. Gdyby nie to stałyby pewnie do dziś. Nawet budowa nowej drogi nie zaszkodziłaby im. Zajrzały, na nieszczęście , "pobożne" i zobaczyły cud: świętą rodzinę razem z osiołkami! Zaczęły się gromadzić baby z innych wsi. Klękały,modliły się, śpiewały, a władza też była głupia (zresztą to podobno przywilej każdej władzy). Nie pomagały  nawoływania księdza, żeby nie "cudować". Władza kazała zamalować środki lip. To podkreśliło jeszcze widziadło. Zaczęły się gromadzić coraz większe rzesze ludzi.Ksiądz nie mógł już opanować sytuacji, choć lipy stały pod kościołem przy starym gościńcu. Władza kazała wyciąć te przepiękne drzewa co zdobiły Przeginię setki lat. Słusznie, czemu nie uodporniły się na ludzką  głupotę!

Jeszcze przed wycięciem lip pojechali do Przegini wujek (Kluszczyński) i Jego córka (Marysia), co to wtedy mieszkali w Sosnowcu. Pewnie nie byli godni,  bo mówiła mi Marysia, że żadnego cudu nie widzieli i to w żadnej lipie. Jedyny cud, jaki widzieli, to te rozmodlone baby.
Rzecz działa się naprawdę w Przegini w roku 1954. Tak się zastanawiam, czy aby mój Ojciec nie zmarnował tych 30 lat pracy nauczycielskiej w tej właśnie wsi. Tak, łatwo dziś mówić, ale przecież On uczył tylko czytać , pisać i liczyć a rozum, choć zniewolony od wieków, każdy ma swój.

Barczewo, listopad 2006, Jerzy Jopek

 
«pierwszapoprzednia12następnaostatnia»

Strona 1 z 2

Ciekawostki z przeszłości

Dawne wierzenia i zwyczaje

Statystyka strony

Użytkowników : 2
Artykułów : 280
Odsłon : 137800

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 4 gości