Jerzmanowice
Z DZIEJÓW PARAFII
Ks. kanonik Józef Krzykawski (2)


 W poprzednim numerze NATANAELA opublikowane zostały zdjęcia z uroczystości pogrzebowych księdza Józefa Krzykawskiego oraz zostały przedstawione dzieje do czasu otrzymania przez Niego święceń kapłańskich 29 marca 1952 r. Poznajmy Jego dalsze losy już jako kapłana, według Jego opowieści.

„Ja Józef Krzykawski na następny dzień pierwszą Mszę św. odprawiłem na Jasnej Górze przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, a Mszę św. prymicyjną w Książu Małym 16 kwietnia tego samego roku.

Zostałem kapłanem i otrzymałem skierowanie do Skalbmierza, gdzie proboszczem był ks. kan. Antoni Gąbka, a wikariuszem ks. Julian Kowalik. Koledzy mnie żałowali, ponieważ uważali proboszcza za osobę surową i rygorystyczną i że tam nie wytrzymam.

Byłem tam jednak przez siedem lat. Powszechnie uważano, że proboszcz buduje ogrodzenie cmentarza, alejki, kaplicę, czy dom dla służby kościelnej. W rzeczywistości było to wszystko pod moim dozorem. Wszyscy staraliśmy się uczciwie służyć wiernym i w konfesjonale i dzieciom w szkole.

Pod koniec pobytu Kuria Diecezjalna zaproponowała mi funkcję prokuratora [ekonoma] dla Seminarium i Kurii. Być może dostrzeżono jakieś moje zdolności inwestycyjne? Otrzymałem dwa tygodnie do namysłu. Nie interesowała mnie jednak funkcja urzędnika w Kurii. Odmówiłem.

Miałem następną propozycję od ks. bpa Czesława Kaczmarka: wyjazd na jeden rok szkolny 1957/58 do Wolbromia, a następnie do Skorczowa, do utworzenia parafii. W lipcu 1958 r. przeniosłem się z Wolbromia do Skorczowa. Parafia w Skorczowie miała się składać jeszcze z trzech miejscowości: Bełzów, Pośmiechy i Kamieńczyce, które należały do różnych parafii, a które były odległe od siebie od 5 do 8 km. Inicjatorem powstania tej parafii był Stanisław Ślaski, dawny właściciel 300 ha posiadłości, a wówczas był właścicielem kilkunastu hektarów, zaniedbanego pałacu, młyna, stawu i kapliczki o wymiarze 3 x 4 m. Właściciel wyznaczył kawałek ziemi pod kościół, życząc sobie ustanowienia kapelana dla siebie, tak jak to było w dawnych czasach u szlachty.

Decyzji o moim przeniesieniu do Skorczowa nie znał ks. bp Jan Jaroszewicz i po śmierci ks. bpa Czesława Kaczmarka mój przyjazd tu potraktowano jako samowolę i ks. wizytator pytał po co to to się robi? Nie miał kto mnie bronić.

Rozpoczęliśmy od budowy plebanii z dostosowaniem jej do potrzeb odprawiania modlitwy. Podobnie jak w Skalbmierzu chodziłem do ludzi za ofiarami, o zaangażowanie się do prac ręcznych i transportu konnego. Gospodarze Skorczowa powołali komitet budowy, wyznaczyli skarbnika. I tak przez pięć lat: budowa kaplicy, zakup dzwonów, budowa cmentarza grzebalnego, przygotowanie do budowy kościoła, elektryfikacja. Kosztowało mnie to utratę zdrowia: osłabienie serca, owrzodzenie żołądka, reumatyzm i inne dolegliwości.

Ks. bp odmówił mi wszelkiej pomocy z powodu mojej rzekomej samowoli. Erekcja parafii napotykała na duże trudności Miałem ambicję dokończenia tego dzieła, ale z konieczności ratowania zdrowia podjąłem służbę kapłańską w nowym miejscu, w Młodzawach Małych jako duszpasterz i administrator od 1963 r.

Był tu piękny, renesansowy, trzynawowy kościół z 1828 r. Ustępujący ks. Stefan Stanek określił parafię jako martwą i mówił mi, że może na życie ci starczy, chociaż jest biednie. Uważano, że za Skoczów otrzymałem „eksponowane” Młodzawy, gdzie odpusty były dwa razy w roku, na których zawsze był obecny ks. biskup. Jednak parafia była zaprzedana komunistom, a oprócz tego w okolicy tworzyły się kościoły narodowe, które współpracowały z władzami komunistycznymi, ze ZBOWID-em i PAX-em, a w okolicznych parafiach byli tzw. „księża patrioci”. Za zorganizowanie pielgrzymki z Młodzaw do Wiślicy na uroczystości 1000-lecia Chrztu Polski w lipcu 1966 r., gdzie przybył ks. kardynał Stefan Wyszyński, ks. bp Karol Wojtyła i wszyscy biskupi, zostałem ukarany grzywną 4500 zł., zamienioną na trzy miesiące więzienia w Pińczowie. Doznałem wielu szykan i upokorzeń od ówczesnych władz komunistycznych za niezarejestrowanie dzieci, które chodziły na religię, byłem kontrolowany przez Służbę Bezpieczeństwa i okradany.

Na plebanii brakowało wody, założyłem więc pompę z 30-metrowej studni i kanalizację w kuchni. Zacząłem uprawiać parafialną ziemię przy pomocy mojego ojca, który przyjeżdżał z Książa Małego. Sianie zboża dawało niewielki pożytek, dlatego próbowałem uprawiać tytoń, buraki, len. W Łodzi i Poznaniu zakontraktowałem dostawę niedojrzałych orzechów włoskich dla fabryki wódek, aby się ratować przed zadłużeniem. Założyłem nowy cmentarz i sprowadziłem ogrodzenie, które istnieje do dziś.

Zrzekłem się Młodzaw. Urzędnicy kurialni dziwili się, że „opuściłem Matkę Bożą, co to za ksiądz”? Parafię przekazałem następcy, łącznie z pieniędzmi ukrytymi w skrytce na wyrównanie rachunków. Następca nie zadbał o narzędzia rolnicze, maszyny, materiał siewny, wszystko to znikło zanim się przeprowadził.

Ks. bp dr Jan Jaroszewicz wysłał mnie do parafii Jerzmanowice od 10 stycznia 1971 r.”

O najbliższych nam dziejach św. pamięci ks. kan. Józefa Krzykawskiego, czyli Jego posłudze kapłańskiej w naszej parafii będzie można przeczytać w następnym, noworocznym numerze NATANAELA.

Zygmunt Krzystanek

 
Z DZIEJÓW PARAFII

 W stulecie Wielkiej Wojny


Nawiązując do artykułu pt. „O wojnę powszechną za wolność ludów prosimy Cię Panie”, z 15. numeru NATANAELA, pragnę przybliżyć dzieje naszej parafii w tym tragicznym okresie, od którego minęło już sto lat.


Datę 28 lipca 1914 r. uznaje się za początek Wielkiej Wojny, koniec pokoju, rozwoju i uprzemysłowienia. Wprowadzenie nowoczesnych środków walki , dotychczas nie spotykanych, uśmierciło w czasie jej trwania 10 milionów żołnierzy. Znaczny udział w tych stratach miały zmagania wojenne na terenie Jury Krakowsko – Częstochowskiej w okresie od połowy listopada, do połowy grudnia 1914 r.

Po rozpoczęciu wojny armia austriacko – węgierska szybko dotarła do środkowej Wisły i Sanu, gdzie poniosła klęskę i nastąpił jej odwrót. Ofensywa rosyjska, zwana „rosyjskim walcem parowym”, która prowadząc przez Śląsk, miała zatrzymać się dopiero w Wiedniu, postępowała tak szybko, że Austriacy nie byli w stanie stworzyć trwałych pozycji obronnych. Jedyną nadzieją powstrzymania tej ofensywy był ufortyfikowany Kraków i Jura Krakowsko – Częstochowska.

9 listopada I Armia austriacka wykonała manewr odskoku od przeciwnika i tu, na naszych terenach, saperzy wraz z przymuszoną ludnością, zdążyli wybudować ogromne umocnienia ziemne. W połowie listopada nadeszli Rosjanie, jednocześnie nastał mróz i spadł śnieg.

Ówczesny proboszcz naszej parafii, ks. Jan Garbusiński, nawoływał z ambony już od żniw do pilnych omłotów zboża i jego ukrycia przed zbliżającym się frontem, w celu uniknięcia głodu. Kto nie posłuchał lub nie zdążył tego zrobić – gorzko później żałował.

Józef Pogan w książce pt. „Na głodnym zagonie” pisze: „Wkrótce przywalił się front. Było wieczorem w listopadzie. Od północnego wschodu biła łuna pożaru. Raz po raz huknął z oddali strzał. Z podwórza doleciał w pewnej chwili głośny tupot nóg, drzwi otwarły się z trzaskiem i do izby wpadło kilku żołnierzy rzucając się prosto do pieca. Przewrócili garnek, rozdrapali w oka mgnieniu na pół surowe jeszcze ziemniaki, powkładali je do kieszeni i zaraz wybiegli. Za nimi wpadli jeszcze inni, ale już na próżno.

Wyjrzeliśmy oknem. Koło naszej chałupy szło pośpiesznie wielu, wielu austriackich żołnierzy. Był to odwrót.

Nazajutrz ledwo świt nastał, wpada do nas sąsiad z krzykiem: Kumoter, nie wiecie, że wom już cało stodołe ozebrali! […] Austriacy zabrali wszystką koniczynę i owies w snopkach przeznaczony na sieczkę dla konia. […] Austriacy zatrzymali się właśnie w dolnej części Jerzmanowic. Na krakowsko – olkuskim gościńcu koło kaplicy była główna linia bojowa. Rosjanie stali w Sąspowie. Austriacy porobili wielkie szałasy z choiny pod Dębową Górą i wszędzie pod brzegami”.

Z tej książki dowiadujemy się także, że ks. Jan Garbusiński odprawił Mszę św. polową pod dębem na „dołkach”, i że: „Ojciec mówił, że ksiądz odprawiał mso święto za Madziarów, zeby pobili Moskali”. W tamtych czasach Msza św. była odprawiana po łacinie, czyli tak jak w ojczystych krajach żołnierzy, więc mogli się oni przygotować do śmierci idąc do ataku lub odpierając kontratak nieprzyjaciela.

W książce pt. „Wielka Wojna na Jurze” Piotra i Krzysztofa Ormonów znajduje się wiele szczegółów dotyczących zaciętych walk w naszym regionie. 17 listopada austriacki generał Victor Dankl rozkazał X Korpusowi atak w kierunku Skały, w celu przełamania frontu. Zadanie to miały wykonać dwie dywizje piechoty, które jednak zostały odparte przez rosyjskie jednostki gwardyjskie. Do pomocy wezwano jeszcze jedną dywizję i brygadę piechoty. Kontratak rosyjskiej Gwardyjskiej Dywizji Piechoty na bagnety odrzucił wojsko austriackie.

Na pomoc w rejon Skały wysłano z Twierdzy Kraków 6 batalionów piechoty i ćwierć szwadronu kawalerii. Jednak nie zdołano przełamać rosyjskiego Korpusu Gwardyjskiego, który następnie 24 listopada zdobył pierwszy i drugi dział Sułoszowej, biorąc do niewoli 800 jeńców austriackich. Od 16 do 24 listopada armia austriacka straciła 30 tys. żołnierzy, do niewoli wzięto 17 tys. jeńców rosyjskich.

27 listopada zakończyły się największe zmagania na Jurze Krakowsko – Częstochowskiej, a sukcesu nie odniosła żadna ze stron. Łącznie, obydwie straciły na Jurze 140 do 160 tys. żołnierzy. Jak to wyglądało na naszym terenie? Ks. Jan Wiśniewski w „Historycznym opisie kościołów, miast, zabytków i pamiątek w olkuskiem” pisze: „Tu we wsi Jerzmanowicach przy zabudowaniach gospodarczych, niedaleko opisanego kościółka [chodzi o kaplicę p. w. św. Jana Chrzciciela], jest grób Marcina Seweryna, gospodarza Lepionki, powieszonego tu przez zbirów Austriackich, mających w Jerzmanowicach pozycje i stąd ostrzeliwujących moskali którzy się ulokowali przy kościele w Sąspowie. Przy kościółku szpitalnym w Irzmanowicach, […] od strony połud. leży 250 poległych, zaś na Lepionce 300”.

Podobne mogiły zbiorowe były na obrzeżach Gotkowic, które znalazły się na linii frontu.

Ekshumację tych mogił zakończono dopiero w 1938 r., wywożąc prochy wielu tysięcy żołnierzy furmankami na zbiorowe cmentarze wojenne w Zadrożu (ponad 2 tys.), w Jangrocie (ponad 2,5 tys.). Tylko z Sąspowa przewieziono ok. 700 poległych żołnierzy. Wojskowych armii austro – węgierskiej można było zidentyfikować, ponieważ nosili już „nieśmiertelniki”. Rosjanie jeszcze ich nie posiadali.

Władze austriackie planowały usytuować cmentarz wojenny nr 7 wokół kaplicy p.w. św. Jana Chrzciciela. Władze parafialne Jerzmanowic wyraziły zgodę na jego usytuowanie, warunkując to przekazaniem finansów przez władze austriackie na remont splądrowanej kaplicy. Protokół w tej sprawie spisano 21 października 1917 r., jednak nie doszło do jego realizacji.

Kwatery na zaplanowanym cmentarzu były przeznaczone dla konkretnych wojskowych jednostek austriackich. Przykładowo w Olkuszu, według dokumentacji austriackiej, funkcjonowały trzy szpitale: Olkusz nr 8, 9 i 10, jako obiekty przyszpitalne.

Wiele szczegółowych wiadomości na temat skutków działań wojennych możemy odnaleźć w nowej książce Kazimierza Tomczyka pt. „Dzieje wsi i parafii Sąspów”. I tak, w Gotkowicach istniało wówczas 40 domów, 34 chlewów i 35 stodół, a w czasie walk spalono lub uszkodzono 9 domów, 18 chlewów i 28 stodół. Stodoły były rozbierane na umocnienia linii obronnych.

Nie oszczędzono świątyń: w Sułoszowej kościół został rozbity, w Sąspowie uszkodzony, a plebania i dzwonnica zostały spalone. Dzwony w naszym kościele zostały uratowane przed konfiskatą dzięki ich zakopaniu przez parafian, w tajemnicy przed władzami.

Ludność głodowała. Kto nie zdołał ukryć żywności musiał liczyć się z jej konfiskatą przez wojsko. Trudna do ukrycia kiszona kapusta w beczkach również została zjedzona. Żołnierze niepogardzili nawet pozostałymi na polu głąbami po ściętej kapuście.

Do 15 grudnia trwały jeszcze walki pozycyjne, obydwie strony były osłabione i nie były zdolne do natarcia na przeciwnika, dopiero Rosjanie obawiając się okrążenia od strony południowo – wschodniej, sami się wycofali.

Naszym nieszczęściem było to, że trzej zaborcy wcielili do swych armii naszych rodaków i często dochodziło do bratobójczych walk, z udziałem Legionów pod komendą naczelnika Józefa Piłsudskiego. W dodatku te walki toczyły się na ziemiach polskich, powodując olbrzymie zniszczenia. Nie ominęły też naszej małej, lokalnej ojczyzny.

Zygmunt Krzystanek

 
Z DZIEJÓW PARAFII

Ks. proboszcz Henryk Wieśniak



Procesja Bożego Ciała w Jerzmanowicach. Eucharystię niesie ks. Henryk Wieśniak.
Zdjęcie ze zbiorów p. Małgorzaty Wites.

Po odejściu ks. kanonika Jana Rachtana w 1963 r., dopiero w roku 1964 został minowany na proboszcza parafii Jerzmanowice ks. Henryk Wieśniak. Urodzony w 1909 r. w Radomiu, święcenia kapłańskie otrzymał w czasie drugiej wojny światowej, w 1940 r.

Już w następnym roku jego pracy duszpasterskiej w naszej parafii odbyła się wizytacja kanoniczna ks. bpa Jana Jaroszewicza, ordynariusza kieleckiego. Cztery lata później, w 1969 r., odbyły się Misje parafialne, które przeprowadzili OO. Bernardyni.

Mimo tych znaczących wydarzeń wzajemne relacje ks. proboszcza z sporą częścią parafian nie układały się , mówiąc delikatnie, poprawnie.

Posłużę się tu opinią ks. kanonika Józefa Krzykawskiego, zawartą w jego książce pt. „Jak dorastałem do kapłaństwa i kapłaństwo przeżywałem”: „[…] w 1964 r. przychodzi do Jerzmanowic ks. Henryk Wieśniak.  Stateczny, ale przy słabym zdrowiu, mało zaradny. Brak gospodyni zmusza go do zaangażowania tymczasowo kobietę psychicznie niezrównoważoną, co stworzyło na plebanii warunki nie do zniesienia. Ks. prefekt Nowak widząc te trudności chce coś zmienić, sprowadza z Kielc panią Ludwikę, lecz zmienia sytuację na gorszą.

Maria Gąsiorek pierwsza gospodyni, prosta, nieraz niezrównoważona, ale przecież religijna. Jej osoba, taka jaka była, budziła u parafian raczej współczucie dla Proboszcza.

Nowa gospodyni budziła zastrzeżenia natury moralnej i etycznej. Źle traktowała parafian, dodatkowo konflikt z wikariuszem ks. Żółtakiem pobudził opinię mieszkańców. W tym czasie Jerzmanowicom zagrażał modny kościół narodowy z pobliskiego Bolesławca. [chodzi o Bolesław – przyp. Z. Krzystanek]. Ks. bp Jan Jaroszewicz zmuszony jest do przeniesienia zarówno wikariusza ks. Żółtaka jak i proboszcza ks. Wieśniaka z Jerzmanowic na inne placówki. […]

Tymczasem parafianie opowiadali, jak to część wiernych w którąś niedzielę adwentu postanowiła nie wpuścić do kościoła poprzedniego proboszcza. Przyszli wcześniej, otoczyli świątynię, niektórzy ze sztachetami. Czekali na księdza aby mu powiedzieć, że nie wolno mu wchodzić do kościoła. Nagle w wielkich drzwiach stanął bp Edward Materski i zaprosił ich do wejścia. Konsternacja. Uspokoili się, bo wygrali.”

Po tym wydarzeniu ks. bp Edward Materski na przełomie lat 1970/1971 przez kilka tygodni pełnił funkcję proboszcza naszej parafii, aż do przybycia ks. Józefa Krzykawskiego.

Ks. Henryk Wieśniak po przeżyciu 67 lat, w tym 36 lat w kapłaństwie, zmarł 21 października 1976 r. Jest pochowany w Radomiu. Jest to ostatni zmarły proboszcz naszej parafii.

Mamy jeszcze dwóch żyjących byłych proboszczów i oczywiście aktualnego proboszcza ks. Kazimierza Szczęsnego.

Ks. kanonik Józef Krzykawski 16 lutego 2015 r. ukończył 90 lat i życzymy mu dalszych długich lat życia w dobrym zdrowiu.

Mam nadzieję, że artykuły o naszych byłych proboszczach przyczynią się do ocalenia pamięci o ich posłudze kapłańskiej w naszej parafii. Tym bardziej, że ze względu na stan kapłański nie zakładali rodzin, które zanoszą modły za swych przodków. Dlatego chcę zasugerować, aby przynajmniej tych pamiętanych proboszczów włączyć do wypominków za dusze zmarłych (w kościele i kaplicach).

Może potrzebne będą nasze modlitwy do ich zbawienia, a jeśli już dostąpili świętości – zapewne będą wstawiać się za naszą parafię przed Stwórcą.

Zygmunt Krzystanek

 
Z DZIEJÓW PARAFII

 
680 lat istnienia parafii Jerzmanowice

 W roku pańskim 2015 przypada 680. rocznica istnienia naszej parafii i Jerzmanowic. Już w pierwszym numerze NATANAELA pisałem o początkach państwa polskiego i o chrzcie Polski, czyli o jednym z najważniejszych wydarzeń w dziejach naszej Ojczyzny. Światowe Dni Młodzieży, które odbędą się w Krakowie w 2016 r. i pielgrzymka Jego Świątobliwości Franciszka do naszego kraju – jest ściśle związana z 1050 rocznicą tego wydarzenia, o czym się często zapomina. Ten chrzest zapoczątkował tworzenie się sieci parafialnych, co trwało do XIII w. Parafie tworzyły się w istniejących już miejscowościach.

Archiwa kościelne w Krakowie wykazują wpłatę 4 skojców świętopietrza papieskiego w latach 1335 – 1337 przez parafię Jerzmanowice, co jest potwierdzeniem istnienia naszej parafii, składającej się z Jerzmanowic (Villa Hermani) i Gotkowic. Znawcy epoki na podstawie wielkości tej wpłaty obliczyli przybliżoną ilość mieszkańców parafii w liczbie ok. 270 osób.

Świętopietrze, czyli opłatę dla papieża wprowadzono w VIII w., a w Polsce dopiero w czasach Mieszka I, ok. r. 990, po poddaniu państwa Polan pod opiekę Stolicy Apostolskiej, jako daninę lenną. Początkowo tylko władcy dokonywali tej opłaty, a dopiero od XI w. obejmowała parafian, najpierw jako „podymne”, a od r. 1318 jako „pogłówne”, za cenę zgody Stolicy Apostolskiej na koronację Władysława I Łokietka na króla polskiego. Należności tej nie pobierano od dzieci do lat 12, od duchownych i innowierców. Król Kazimierz Wielki starał się nie płacić od mieszczaństwa i wyli-czał tę daninę nie od osoby, tylko od rodziny.

W 1340 r. w całym kraju zebrano pół miliona denarów, co odpowiadało 200 kg srebra, które było następnie zamieniane na złoto (złote papieskie floreny). Zbieraniem tych funduszy zajmowali się kolektorzy papiescy, których siedzibą był Kraków, natomiast do przesyłki do Watykanu wynajmowano specjalnych wysłanników lub kupców, co nie wykluczało malwersacji, a nawet napadów rabunkowych. Czasowo te kosztowności były przechowywane w skarbcu wawelskim, z którego np. król Kazimierz Wielki pobrał 12 tys. grzywien na walkę z Litwinami i Tatarami.

W czasach, gdy nie było jeszcze ewidencji ludności, wielkość świętopietrza pozwalała na obliczenie ilości mieszkańców parafii. Ta opłata przetrwała do czasów reformacji, do roku 1555.

Dla lepszego zrozumienia wielkości i wartości tych opłat należy wyjaśnić wartość jednego skojca. Otóż skojec był średniowieczną niemiecką jednostką obrachunkową i nie miał postaci monety. 1 skojec liczył 30 fenigów, lub 2 grosze i stanowił 1/24 część grzywny. Za 10 kop jaj [600 sztuk ] płacono 12 skojców, czyli 0,5 grzywny. Za jedną grzywnę można było kupić krowę. Tak więc pierwsza roczna opłata świętopietrza naszej parafii odpowiadała wartości 200 jaj. Możemy mieć jednocześnie satysfakcję, że cząsteczka wspaniałości Watykanu jest również zasługą naszej parafii.

Obecnie zbiórkę na potrzeby Stolicy Apostolskiej organizuje się tylko raz w roku około 29 czerwca.

Okrągłą rocznicę 700 lecia parafii Jerzmanowice i wsi Jerzmanowice będzie świętować już następne pokolenie. Taką właśnie uroczystość z wielkim rozmachem zorganizowała parafia i wieś Sułoszowa w sierpniu br. z okazji 700 lat istnienia.

Fotografia pochodzi ze zbiorów Pani Małgorzaty Wites „1966 r. Procesja Bożego Ciała w Jerzmanowicach”.
Jej wartość historyczna jest bezcenna:
– ta procesja odbyła się w 1000 – lecie Polski
– jest pokazana procesja w czasach PRL – u, (za czasów Władysława Gomułki) w ramach cyklu historii tych procesji.
– po prawej stronie widać nieistniejący już stuletni budynek pierwszej szkoły w Jerzmanowicach, w którym do niedawna mieścił się GOK oraz Gminna i Powiatowa Biblioteka.
– po lewej – również już nieistniejący, jeszcze starszy budynek, w którym początkowo była karczma kościelna, następnie szkoła, w której przez prawie pół wieku były odprawiane nabożeństwa w czasie budowy obecnego kościoła. Jak pisze ks. Jan Wiśniewski w swojej książce pt. „HISTORYCZNY OPIS KOŚCIOŁÓW, MIAST, ZABYTKÓW I PAMIĄTEK W OLKUSKIEM”: „nabożeństwo odprawiano w szkółce, której setna część parafian pomieścić się nie może. To też stoją nieraz podczas nabożeństwa na śniegu i słocie pod gołym niebem „że na to patrząc serce truchleje”.
Po wybudowaniu szkoły, którą niedawno rozebrano, w tym budynku była remiza OSP Jerzmanowice i kino objazdowe

Zygmunt Krzystanek


 
Z DZIEJÓW PARAFII

 
Ks. kanonik Jan Rachtan – epilog

 

Okres pracy duszpasterskiej ks. kanonika Jana Rachtana w naszej parafii trwał 24 lata, czyli jedno pokolenie. Ja i moi rówieśnicy zaliczamy się właśnie do pokolenia, na które ten Kapłan wywarł największy wpływ. Posłużę się więc moim przykładem.

Do I Komunii Św. zostałem przygotowany przez Niego, sama uroczystość odbyła się w następny dzień po pacyfikacji niemieckiej w Łazach.  Rok wcześniej udzielił Ostatniego Namaszczenia mojej mamie Jadwidze. Na przybycie księdza oczekiwała najbliższa i dalsza rodzina, sąsiedzi i wielu mieszkańców, którzy zapełnili dom i podwórko. I ta pieśń: „U drzwi Twoich stoję Panie, czekam na Twe zmiłowanie...”. Tak wówczas żegnano dobrego człowieka, sąsiada, mieszkańcy byli w tamtych czasach zintegrowani, chociaż bezradni nie tylko wobec okupanta niemieckiego,  ale również np. zapalenia płuc, ponieważ antybiotyki były jeszcze nieznane. W tamtych czasach podstawowym środkiem lokomocji była furmanka ze stalowymi obręczami na kołach, a drogi były kamieniste i nimi do chorych ksiądz podróżował.


       

 1939 r., pamiątka katechezy – dzieci przed I Komunią Św. z ks. Janem Rachtanem i organistą Henrykiem Jankowskim 1942 r.

 

Świadectwo urodzenia i chrztu podpisane przez ks. Jana Rachtana.

 

Również ten Kapłan przygotował mnie do Sakramentu Bierzmowania i jednocześnie do ministrantury. Ponieważ modlitwa w czasie Mszy św. odbywała się po łacinie, ministranci również modlili się po łacinie , a wszystkie teksty należało znać na pamięć. Liturgię Mszy św. rozpoczynał kapłan słowami: „In nomine Patris, et Filii et Spiritus Sancti. Amen. Intribo ad altare Dei. [W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen. Przystępuję do ołtarza Bożego. ]  Ministranci odpowiadali: Ad Deum qui laetificat iuventum meam. [Do Boga, który jest weselem moim od młodości.]

Aby brać czynny udział w liturgii Mszy św., wierni modlili się po polsku z „Książeczki do nabożeństwa”, którą zawsze noszono ze sobą do kościoła. Niezbędna ona była również do śpiewu pieśni, ponieważ nie było ekranów z tekstem.

Po upływie około dziesięciu lat po Bierzmowaniu ten sam Kapłan celebrował Mszę Św., na której z żoną udzieliliśmy sobie Sakramentu Małżeństwa i nas błogosławił.

Kolejne lata to okres malowania przez prof. Jerzego Nowosielskiego polichromii w naszym kościele. Ta sprawa poróżniła niektórych parafian z księdzem proboszczem.

W efekcie ks. kanonik Jan Rachtan w wieku 60 lat, w roku 1963, został rezydentem w Kościele pw. Świętej Katarzyny Aleksandryjskiej, pełniąc równocześnie funkcję kapelana Sióstr Bernardynek w Świętej Katarzynie, u podnóża Łysicy, najwyższego szczytu Gór Świętokrzyskich (612 m. n. p. m.). Kościół ten w 1399 r. ufundował Wacławek, rycerz króla Władysławy Jagiełły. Od 1478 r. istniał tu klasztor Bernardynów, który następnie został przekazany Bernardynkom w 1817 r. Klasztor ten funkcjonuje nadal, posiada bardzo surową regułę – cały czas się milczy, za wyjątkiem wspólnej modlitwy. Reguła nakazuje modlić się i pracować w milczeniu, czyli „ora et labora”. Nazwa kościoła i miejscowości wywodzi się od przywiezionej przed wiekami z Algieru figurki św. Katarzyny z drzewa cyprysowego. Na Łysicy znajduje się również Święty Krzyż, najstarsze polskie sanktuarium, najważniejsze w okresie dynastii Jagiellonów.

Dopiero w drugiej połowie XVII w. taką rolę przejęła Jasna Góra. O odwiedzinach u ks. kanonika Jana Rachtana, na jego nowej parafii, wspomina ks. kanonik Józef Krzykawski w swojej książce pt. „Jak dorastałem do kapłaństwa i kapłaństwo przeżywałem”, gdzie pisze: „Ja i parafianie Jerzmanowic później wiele razy odwiedzaliśmy Księdza Rachtana”.

Jubileusz Kapłaństwa ks. kanonik Jan Rachtan uroczyście obchodził 20 października 1980 r. w Kościele Świętej Katarzyny, pod przewodnictwem ks. bpa Sufragana Kieleckiego Jana Gurdy, z udziałem wielu kapłanów. Przedtem, w roku 1968, został odznaczony rokietą i mantoletem (kanonicy honorowi mają prawo noszenia rokiety – komży o wąskich peleryny zakładanej na rokietę).

W wieku 79 lat, w r. 1982, ks. kanonik przeszedł na zasłużoną emeryturę i zamieszkał w Domu Księży Emerytów w Kielcach. Zmarł 26 marca 1989 r. Pogrzeb odbył się 29 marca w Bodzentynie na cmentarzu parafialnym. Nie brakło na nim jerzmanowickich parafian – na pogrzeb zorganizowano wyjazd autobusami.

Na zakończenie przywołuję opublikowany obok list otrzymany od Sióstr Bernardynek ze Świętej Katarzyny, który jest podsumowaniem żywota wielebnego ks. kanonika Jana Rachtana. Za ten list składam serdeczne Bóg zapłać.

Zygmunt Krzystanek

 List otrzymany od Sióstr Bernardynek ze Świętej Katarzyny

Kondukt pogrzebowy z Łaz do Jerzmanowic – 1943 r.

  

Pamiątkowe zdjęcia komunijne z ks. Janem Rachtanem – 1949 r.

Pamiątkowe zdjęcie komunijne z ks. Janem Rachtanem - 1961 r.

 

 
Z DZIEJÓW PARAFII
Po czterdziestu latach istnienia polichromii prof. Jerzego Nowosielskiego w naszym kościele nastąpiła jej likwidacja. Na temat jej przebiegu ukazało się wiele publikacji w prasie, radiu i telewizji. Przeprowadzono też mnóstwo konferencji prasowych i różnych spotkań, co świadczyło o doniosłości tego wydarzenia. Przytoczę tylko kilka z tych opracowań, z najbliższych nam publikatorów.

W Tygodniku Rodzin Katolickich Źródło Nr 29/499 z 22 lipca 2001 r. ks. Jarosław Kwiecień i ks. Michał Borda – częsty i mile widziany gość naszej parafii, stąd pochodzący, w artykule pt. „Jak było na początku” piszą m.in.: „Pod wpływem opinii mieszkańców parafii obecny proboszcz, ks. Andrzej Ciesielski zdecydował, żeby wrócić do malatury kościoła przypominającej tę pierwotną. Dzięki Akademii Sztuk Pięknych obrazy Nowosielskiego będzie można oglądać w kaplicy św. Jana Chrzciciela przy trasie na Kraków, a kościół parafialny nabierze nowego uroku.”

Pani Agnieszka Raczyńska – Lorek w Tygodniku Katolickim NIEDZIELA Nr 37 z 10 września 2006 r. w artykule pt. „W jerzmanowickiej wspólnocie” pisze m.in.: „W stanie ruiny była też polichromia w tutejszym kościele, na pomoc należało też pospieszyć zabytkowym ołtarzom i obrazom, które naruszył mocno czas. „Pragnieniem parafian było powrócić do stylistyki i tematyki malowideł z 1911 r.” – informuje Ksiądz Proboszcz, [którym wówczas był Andrzej Ciesielski – przyp. Z.K.]. Z punktu widzenia konserwatorskiego należało rozważyć dwie alternatywy: zabezpieczenie polichromii i przesłonięcie pobiałą malowideł prof. Nowosielskiego, względnie dokonanie transferu i ekspozycja malowideł poza wnętrzem kościoła. Alternatywa druga wymagała znalezienia sponsora , który sfinansowałby koszt transferu i konserwacji.

A. Piaśnik podjął się znalezienia sponsorów i załatwienie sprawy transferu malowideł. Transferu dzieł Nowosielskiego dokonał Wydział Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki ASP w Krakowie pod kierunkiem prof. Kosakowskiego. Dzieła te są w ASP odpowiednio zabezpieczone i utrwalone w formie ruchomych (przenośnych) elementów, które powrócą do parafii i będą eksponowane w kaplicy św. Jana Chrzciciela”.

Więcej szczegółów dowiadujemy się z „Ostańca” Nr 9[71] z września 2000 r. W artykule pt. „Przeprowadzka Nowosielskiego” czytamy m.in.: „Prowadzonym obecnie pracom renowacyjnym przyświeca idea przywrócenia świątyni pierwotnego wystroju. Na ogół oznacza to zdrapanie wierzchniej warstwy tynku i wydobycie spod niego wcześniejszych malowideł. Mieszkańcy Jerzmanowic postanowili jednak uratować dzieła Nowosielskiego. Do działania przystąpił Adam Piaśnik, przedstawiciel naszej gminy w radzie powiatu krakowskiego, który dotarł do specjalistów z Akademii Sztuk Pięknych i konserwatorów zabytków.”

Przenoszenie obrazów stosowano już w starożytności, ale ta technika rozwinęła się w XVII w. we Włoszech. Przenoszenie tylko warstwy malarskiej wynalezione zostało przez Antoniego Contri z Ferrary i polega ono na przyklejaniu kilku warstw gazy bawełnianej, a następnie oderwaniu całości od podłoża. Taką metodę zastosowano w Jerzmanowicach, dokonując transferu trzech obrazów, w tym największego o powierzchni ok 12 m. kw. Czynności tych dokonano w sierpniu 2000 r. w ramach pracy dyplomowej studentek Pracowni Przenoszenia Malowideł Ściennych na Wydziale Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki krakowskiej ASP – Matyldy Sułkowskiej i Małgorzaty Świeca. Uczelnia dokonała tego transferu bezpłatnie, otrzymała jedynie zwrot kosztów materiałów niezbędnych do tych prac, w wysokości ok. 80 tys. zł. Patronat nad tymi pracami sprawował Wojewoda Małopolski Ryszard Masłowski i Starosta Powiatu Ziemskiego Krakowskiego – Renata Godyń – Swędzioł.

Po konserwacji malowidła miały niezwłocznie trafić do remontowanej kaplicy pw. św. Jana Chrzciciela, gdzie miały być eksponowane w postaci obrazów na ruchomych elementach. Ten chwilowy depozyt polichromii prof. Jerzego Nowosielskiego trwa już niestety piętnaście lat. Pani Krystyna Czerni w swej książce pt. „Jerzy Nowosielski. Listy i zapomniane wywiady.” pisze: „Gdy w 2000 roku, przy okazji kolejnego remontu, chciano ją zamalować – w ostatniej chwili została uratowana przez konserwatorów z Wydziału Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki krakowskiej ASP. Zdjęta pieczołowicie ze ścian czeka cierpliwie na nowe miejsce”.

Należało by już zakończyć to czekanie i sprowadzić te dzieła do Jerzmanowic, do naszej parafii, która jest ich właścicielem. Zainwestowano w nie ok. 200 tys. zł. (według cen obecnych).

Ponieważ remont kaplicy pw. św. Jana Chrzciciela nadal nie jest zakończony, należałoby znaleźć inne godne miejsce na ich ekspozycję i wreszcie zakończyć, po przeszło pół wieku, historię tej naszej polichromii.

W książce „Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego.” Pani Krystyna Czerni pisze: „Swoją pracę w świątyniach Nowosielski porównywał do wędrówki Izraela przez pustynię i okrutny Synaj, „wśród wzgardy i niezrozumienia”. […] Kiedyś dostałem list od pewnej pani, piszącej, że nawróciła się dzięki moim malowidłom w Wesołej – przyznaje malarz z powagą. – Tak, to była wielka, może największa nagroda, jaka może spotkać artystę”.

W latach 2003-2004 TVP Wrocław pracując nad filmem pt. „Tryptyk o Jerzym Nowosielskim”, zawitała do Jerzmanowic, w celu zebrania opinii o polichromii w naszym kościele. Wówczas m.in. i ja również miałem okazję wyrazić swój pogląd o doniosłości tego wydarzenia. Moje obecne podejście do wartości artystycznej tej polichromii jest znacznie bardziej entuzjastyczne.

Na zakończenie pozwolę sobie przytoczyć opinię wybitnego poety, dramaturga i prozaika Tadeusza Różewicza na temat malarstwa prof. Jerzego Nowosielskiego: „Malarstwo Nowosielskiego to malarstwo rozpięte na ramionach miłości niebiańskiej i miłości ziemskiej. Rozdarty przez te dwie miłości malarz przypomina czasem anioła, a czasem nietoperza wiszącego w podziemiach opuszczonej świątyni”.

Należy przypomnieć, że polichromię Nowosielskiego w naszym kościele zawdzięczamy byłemu proboszczowi, czcigodnemu ks. kanonikowi Janowi Rachtanowi. Zakończenie historii jego dziejów przedstawię w następnym numerze NATANAELA.

Zygmunt Krzystanek

 
Z DZIEJÓW PARAFII
Polichromia prof. Jerzego Nowosielskiego

 

 

Ks. kan. Jan Rachtan pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku zlecił wykonanie polichromii w naszym kościele prof. Jerzemu Nowosielskiemu. Polichromia najwyższej klasy artystycznej miała zdobić świątynię na wiele lat. Te plany mógł spełnić wówczas tylko ten jeden artysta, który był profesorem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, członkiem Polskiej Akademii Umiejętności. Jego osiągnięcia były uhonorowane najwyższymi odznaczeniami: Krzyżem Wielkim Odrodzenia Polski, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, tytułem doctor honoris causa Uniwersytetu Jagielońskiego i nagrodą TOTUS. Jego polichromie można podziwiać w wielu kościołach, m.in.: w Lourdes, Tychach, Krakowie, Warszawie, Kętrzynie.

Pani Krystyna Czerni w książce pt. „Nietoperz w świątyni” tak charakteryzuje talent Jerzego Nowosielskiego: „Genialność Nowosielskiego polegała na tym , że jemu to samo wychodziło […] Ręka sama malowała i tam nie było jednej fałszywej plamy czy kreski! Tak jakoby po prostu Duch Święty poprzez jego duszę realizował swoje plany. Nigdy nie poprawiał swoich obrazów ani polichromii […] Profesor rozrysował projekt na ścianie, nawet czasami pod farbą widać, że jest tam napisane ołówkiem: niebieski, czerwony, żółty; potem pomocnicy malowali płaskie, równe przestrzenie – na końcu przychodzi Nowosielski i kilkoma dotknięciami to dobre malarstwo zmieniał na genialne”.

Z następnej książki tej samej autorki pt. „Jerzy Nowosielski. Listy i zapomniane wywiady” dowiadujemy się o korespondencji ks. kan. Jana Rachtana z profesorem oraz konserwatorem zabytków Józefem Jamrozem. Ksiądz proboszcz zaprasza 20 kwietnia 1960 r. obydwu panów na spotkanie w celu omówienie zatwierdzonego projektu polichromii: „rozcieplenie i stosowanie kolorów, żeby wypadło jak najlepiej”. W odpowiedzi profesora z maja 1960 r. czytamy: „Autor i wykonawca polichromii bierze całkowitą odpowiedzialność za poziom i wykonanie pod względem artystycznym – co zawiera w sobie np. ustalenie koloru między innymi. Żaden poważniejszy plastyk nie może sugerować się w toku pracy chwilowymi i zmieniającymi się ciągle sugestiami na miejscu pracy – po ustaleniu i uzgodnieniu szczegółów z kompetentnym organem, tj. w tym wypadku z komisją przy Urzędzie Konserwatorskim i komisją przy Kurii Biskupiej, tylko autor ustala szczegóły realizacji na miejscu i jest odpowiedzialny jako artysta przed szeroką opinią i przed tymi dwoma organami zatwierdzającymi projekt. To wszystko obowiązuje i w naszej sytuacji i tego ja muszę przestrzegać. Takie traktowanie sprawy przez Wielebnego Księdza Proboszcza i przez parafian pragnę sobie z góry zastrzec i zagwarantować. Gdybym nie miał takich gwarancji, nie mógłbym przystępować do pracy. [...]. Profesor wyjaśnia jeszcze, że honorarium jest za wykonanie i za kompetencję artystyczną.

23 sierpnia 1960 r. ksiądz proboszcz pisze alarmujący list do profesora: „W związku odnową wnętrza kościoła w Jerzmanowicach spotkał mnie przykry afront od moich parafian, gdyż w niedzielę 21 sierpnia br. zebrali się po sumie w kościele i oświadczyli, że oni nie chcą takiego malowania jak zaczęte i nie chcą tych nowych okien, które przygotowane. Za tym idzie odmowa ofiar i koniec sprawy. Czuję się bardzo źle z tego powodu i nie znajduję wyjścia z sytuacji. Może by Panowie uradzili zrobić coś bez projektu, ale inaczej, żeby kontynuować tę pracę pod egidą Pana Profesora. W niedzielę 28 sierpnia 1960 r. można by to omówić z parafianami o godz. 13. Z poważaniem. Proboszcz ks. Rachtan”.

W odpowiedzi, 25 sierpnia 1960 r., proferor pisze m.in.: „Doszliśmy do wniosku, że nastąpiło zawieszenie – jeżeli nie jednostronne zerwanie umowy ze strony parafii w Jerzmanowicach. Zdajemy sobie sprawę, że nie ma w tym żadnej winy Księdza Proboszcza”. Zaznacza jednocześnie, że jego przyjazd do Jerzmanowic i rozmowy są bezcelowe.

Pierwszego września ksiądz proboszcz przesyła list do profesora, w którym pisze: „Ja czuję się „zastrzelony”. Nie wiem, co dalej czynić. Mówiłem tylko i pisałem Panu Profesorowi kilka razy, że się to nikomu nie podoba. Nie przypuszczałem jednak takiej grandy. Niech się Panowie umówią dać kolory pastelowe [niebieski kolor szpeci kościół, bo przypomina „chałupę” (…) Kochany Panie Profesorze, zróbcie to, a będzie sprawa rozwiązana, jako jeden z epizodów z życia Pana Profesora”.

W liście do profesora z 16 grudnia 1960 r. ksiądz proboszcz informuje, że tytułem honorarium przesłał już 34000 zł i jednocześnie zwierza się: „Czuję się bardzo pokrzywdzony bezsilnością, ale czy mam tym martwić Pana Profesora?”

W następnej korespondencji ksiądz Rachtan informuje o wpłaceniu kolejnych 4000 zł i jeszcze o 2000 zł. Z tej korespondencji wynika zatem, że artyście wypłacono łącznie co najmniej 40000 zł. W 1960 r. średnie roczne wynagrodzenie wynosiło 18720 zł, czyli było to ok. 2,14 rocznych średnich poborów. Przeliczając na czas obecny (w 2013 r. średnie roczne wynagrodzenie wyniosło 43800 zł) - 43800 zł x 2,14 = 93742 zł. Obecnie kwota ta przewyższałaby 90000 zł. Był to znaczny wysiłek finansowy parafian. W tamtych czasach podstawowym źródłem utrzymania parafian było u nas rolnictwo, uzupełniane częściowo rzeźbą. Większość budynków przypominała skansen, co widać na ówczesnych zdjęciach.

Dalsza korespondencja świadczy o dramatycznej sytuacji wokół wykonywanej polichromii. W kwietniu 1961 r. profesor pisze list do księdza proboszcza, w którym proponuje ostateczne rozwiązanie problemu: „Koncepcja moja była taka: wobec tego, że obiekcje dotyczące malowidła, zawarte w liście Wielebnego Księdza, idą b.daleko i sugestie zmian są tego rodzaju, że polichromia pozbawiona byłaby całkowicie formy malarskiej mnie właściwej, a również stałaby się już właściwie zupełnie nową polichromią niemającą nic wspólnego z projektem, postanowiłem zrzec się z prowadzenia polichromii na zasadach dotychczasowych. (…) Tak więc widzę, że po dwóch latach skomplikowanych i ciężkich pertraktacji możliwe są tylko dwie ewentualności: malowanie dalej wg projektu wzgl. jednostronne odstąpienie przez parafię od umowy ze mną. Trzeciej możliwości nie widzę.”

W odpowiedzi ksiądz proboszcz 17 kwietnia pisze: „ Proszę uprzejmie o skończenie polichromii w kościele jerzmanowickim w jak najkrótszym czasie. Przeszkód nie będzie. Nie mam możliwości iść na nowe plany i zaczynać od początku. (...)”.

W następnym miesiącu profesor pisze do konserwatora zabytków Józefa Jamroza i wyjaśnia: „(…) W ciągu 2 lat ostatnich, (…) spotykałem się ciągle z coraz to nowymi zastrzeżeniami i uporczywym żądaniem wprowadzenia zmian polichromii. Żądania te powodowały parokrotne zawieszenie przeze mnie pracy na okres kilkutygodniowy. (…) Kiedy stało się jasne, że pójście na takie kompromisy uniemożliwi mi dalszą pracę nad polichromią, gdyż przestanie mnie ona wtedy interesować artystycznie, aby nie stawiać parafii, a głównie proboszcza, w sytuacji bez wyjścia, oraz aby umożliwić kontynuację prac malarskich, zdecydowałem:

1). wycofać swe autorstwo;

2). zgodzić się, aby kol. Bińkowski kontynuował pracę wg projektu

3). zrzec się wszelkich innych pretensji w stosunku do parafii.

Dodaję, że decyzja moja podyktowana była wyłącznie względem wyjątkowo ciężką sytuację proboszcza i jego stan zdrowia”.

Konserwator zabytków odpowiada 11 lipca 1961 r. , że komisja Kurii Biskupiej i Konserwatora Wojewódzkiego postanowiła, „(...) że prace mogą być wyłącznie prowadzone przez Pana i pod Pańskim nadzorem (....)”.

Ks. proboszcz Jan Rachtan w liście z 19 lipca 1961 r. do profesora pisze m.in.: „Teraz dopiero widzę jasno, że ulegając ludziom i ich upodobaniom, pokpiłem całkiem sprawę polichromii.” Następnie, 2 sierpnia, składa oświadczenie, że „dalsze prace malarskie w kościele w Jerzmanowicach mają być prowadzone ściśle według projektu zatwierdzonego przez Wojewódzki Urząd w Krakowie i Komisję Artystyczną Diecezjalną w Kielcach.”

W ostatnim liście proboszcza do profesora z 18 grudnia 1961 r. czytamy: „(...) Teraz – coraz więcej – wszystkim się podoba odnowiony kościół i chwalą ludzie, że jest ładnie. Myślę, że i Pana Profesora to będzie cieszyć. Przy sposobności załączam serdeczne Życzenia Świąteczne i Noworoczne Szanownym Państwu od całej plebanii w Jerzmanowicach. Proboszcz Rachtan”.

Na zakończenie Pani Krystyna Czerni pisze: „Polichromia Jerzego Nowosielskiego dla Jerzmanowic, po piętrzących się kłopotach zredukowana do minimum, nigdy nie została do końca zaakceptowana przez parafian.”

Artystyczny ekumenizm Nowosielskiego przysparzał mu niemało kłopotów przed soborem Vatikanum Secundum i był traktowany jako „rewolucyjna” ekstrawagancja. Był wielkim wizjonerem, spadkobiercą tradycji Wyspiańskiego, który również miał utarczki z zakonem franciszkanów. I wówczas były protesty i konflikty. Nowosielski stwierdził kiedyś, że: „życie Michała Anioła to było życie męczennika.” Jak wiemy, dopiero po śmierci wielu najwybitniejszych artystów znalazło uznanie i najwyższą ocenę.

Ks. kan. Jan Rachtan pragnął wzbogacić naszą świątynię polichromią najwybitniejszego artysty Jerzego Nowosielskiego, którą mogłyby się szczycić następne pokolenia parafian. Ten pomysł zakończył się jednak klęską kapłana, który z tego powodu w wieku 60 lat, po 24 latach posługi duszpasterskiej, w 1963 r. musiał opuścić naszą parafię (15 lat przed emeryturą), aby zostać rezydentem.

Ks. kan. Jan Rachtan nie zdołał przekonać większości parafian do polichromii prof. Jerzego Nowosielskiego. Czy w ogóle było to możliwe przed półwiekiem, gdy ówczesne pokolenie było przyzwyczajone do tradycyjnego malarstwa sakralnego?

W związku z opisaną sytuacją Ks. kan. Jan Rachtan znosił czynne wystąpienia przeciwko sobie niektórych parafian i doznał wielu przykrości, również od osób z najbliższego otoczenia. Dalsze losy polichromii Nowosielskiego w naszym kościele będą tematem kolejnego artykułu z cyklu „Z dziejów parafii”.

Zygmunt Krzystanek

 
Z DZIEJÓW PARAFII

 Proboszcz w czasach powojennych – ks. Jan Rachtan

Ks. kanonik Jan Rachtan w czasach powojennych sprawując gorliwie funkcję proboszcza parafii Jerzmanowice, spełniał również inne ważne zadania. W parafii nie było wikariusza, więc proboszcz prowadził naukę katechizmu dzieci przygotowujących się do przyjęcia I Komunii Św., zatrudniając do pomocy starsze dziewczyny, z których jedna została siostrą zakonną. Młodzież była natomiast przygotowywana do sakramentu bierzmowania.

Cały czas zajmował się prowadzeniem biblioteki parafialnej, jedynej takiej placówki w naszej parafii, z której dzieci i młodzież bardzo chętnie korzystała. To był jedyny kontakt z jakąkolwiek kulturą, zważywszy że wówczas nie było radia, a telewizja i internet to była pieśń przyszłości. Można w tym miejscu przypomnieć, że dziewczyny, w tym moja przyszła żona Maria Danuta, wówczas pasjonowały się książką Walerii Tomaszewiczowej pt. IRENKA [W KRUCZEWSKIM DWORZE]. POWIEŚĆ DLA PANIENEK. Wydanie drugie ukazało się w 1944 r., czyli w czasach okupacji niemieckiej. Ta książka była właśnie dostępna w bibliotece parafialnej.

Ks. proboszcz prowadził gospodarstwo rolne na gruntach parafialnych, w którym hodowano krowy, konie i inne zwierzęta gospodarcze. Konie były niezbędne wówczas do prac polowych oraz do ciągnienia kieratu służącego do napędu sieczkarni i młocarni. Wybudował stodołę, obiekt istnieje do naszych czasów. Ks. Jan Rachtan był ostatnim proboszczem prowadzącym takie gospodarstwo, zatrudniając do pomocy osoby najemne. To gospodarstwo istniało od wielu stuleci. Do powstania styczniowego obejmowało 86 morgów, a po powstaniu nastąpiła konfiskata przez władze carskie 80 morgów na rzecz skarbu państwa.

Kaplica p. w. św. Jana Chrzciciela była w tych czasach na granicy destrukcji, zwłaszcza jej zadaszenie. Jej opłakany stan widać na stronie obok, na zdjęciu z 1934 r. Przez okres okupacji nastąpiło jeszcze większe jej zniszczenie. Ks. proboszcz zlecił Franciszkowi Gorajowi z Gotkowic przykrycie obiektu strzechą, jako że tylko taki materiał był wówczas dostępny. Rozliczeniem za taką usługę była należność za pochówek żony Goraja. Wygląd tej kaplicy jest pokazany na załączonym zdjęciu z 1957 r. Obecny stan elewacji jest doskonały i wszystkie osoby które się do tego przyczyniły zasługują na wdzięczność i pochwałę. Ciągle jednak brak jest tablicy informacyjnej: kto był fundatorem, kiedy została wybudowana i w jakim celu. Nadal nie jest udostępniona dla celów liturgicznych, czego życzył sobie w testamencie fundator Jan Sroczyński. 

   

Kaplica p.w. św. Jana Chrzciciela pokrytą strzechą, według stanu przed odnowieniem w 1957 r.,
(obok) Kaplica p.w. św. Jana Chrzciciela w roku 1934. (ze zbiorów p. Mirosława Gąsiorka)

W 1948 r. ks. proboszcz Jan Rachtan zlecił na swój koszt przelanie pękniętego dzwonu Ten dzwon (na zdjęciu poniżej) nadal istnieje i jest trwałym dowodem pobytu fundatora w naszej parafii.

    

  Odpust w Jerzmanowicach w 1950 r. (ze zbiorów p. Małgorzaty Wites)
(obok) Dzwon przelany w 1948 r. na koszt ks. Jana Rachtana, który nadal pełni swoją funkcję.

Po szesnastu latach pracy duszpasterskiej w naszej parafii ks. Jan Rachtan obchodził dwudziestopięciolecie kapłaństwa. Na załączonych zdjęciach pokazane są różne wydarzenia związane z dziejami naszej parafii: odpust w Jerzmanowicach w 1950 r., pielgrzymka mieszkańców naszej parafii na Jasną Górę w czasach ks. Jana Rachtana i pamiątkowe zdjęcie ślubne z jego udziałem.

    

Zdjęcie ślubne pod figurą NMP z udziałem ks. Jana Rachtana (ze zbiorów p. Teresy Kiełkowicz)
(obok) Pielgrzymka mieszkańców naszej parafii na Jasnej Górze za czasów ks. JanaRachtana. Tak liczna mimo ówczesnego bezdroża i trudności komunikacyjnych. (ze zbiorów p. Teresy Kiełkowicz)

Pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku ks. proboszcz Jan Rachtan przystąpił do realizacji wielkiego dzieła, a mianowicie wykonania nowej polichromii kościoła parafialnego, która już wymagała niezwłocznej renowacji. Jako światły człowiek skierował się w tej sprawie nie do malarzy pokojowych – z całym szacunkiem dla tej profesji – ale do najwybitniejszego artysty naszych czasów, prof. Jerzego Nowosielskiego. Profesor przyjął zlecenie i opracował projekt tej polichromii.

Pani Krystyna Czerni tak pisze w swojej książce pt. „Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego”: Projekt Nowosielskiego jest dyskretny, niemal ascetyczny: na sklepieniu prezbiterium Chrystus Pantokrator, na stropie Wniebowzięcie, oraz – na osiach ścian – popiersia proroków i Ojców Kościoła. Prócz tego kolorystyczne podkreślenie detali architektonicznych, skromne motywy dekoracyjne: pasy i gwiazdy. Projekt zostaje pozytywnie zaopiniowany przez Wojewódzki Urząd Konserwatorski i Komisję Artystyczną przy Kurii Biskupiej w Kielcach [...].

      

Obrazki: pamiątka wizyty duszpasterskiej (tzw. kolędy) 1941 r.

oraz pamiątka 25–lecia kapłaństwa ks. Jana Rachtana (ze zbiorów p. Mirosława Gąsiorka)

Zygmunt Krzystanek

 
Z DZIEJÓW PARAFII

Proboszcz w czasach najtrudniejszych – ks. Jan Rachtan


Następcą ks. proboszcza Romana Adamskiego mianowany został ks. Jan Rachtan w roku 1939, a nie w 1938, jak sądziło wielu parafian. Sugerując się tym, wprowadziłem w błąd Panią Krystynę Czerni, autorkę książek o prof. Jerzym Nowosielskim, m.in. „ Listy i zapomniane wywiady”, (o czym będzie jeszcze wspomniane poniżej), za co czuję się zobowiązany do przeproszenia. Dopiero szczegółowy przegląd dokumentów pozwolił na uściślenie tej daty.

 

 

 Ks. Jan Rachtan, syn Jakuba i Marianny z domu Figiel, urodził się 1 października 1903 r. w Dąbrowie Dolnej. Święcenia kapłańskie otrzymał 14 czerwca 1930 r. i został mianowany wikariuszem w parafii Prandocin, a następnie w 1931 r. w Busku Zdroju, gdzie pełnił posługę do 1935 r. Następnie był wikariuszem w parafii Książ Wielki do 1937 r., ponieważ wówczas został mianowany proboszczem w parafii Jurków, a do parafii Jerzmanowice został przeniesiony w roku 1939. Widzimy go na fotografii z 7 lipca 1939 r. przygotowującego dzieci z naszej parafii do I Komunii Świętej (str. 9). W tych czasach m. in. w święta państwowe były jeszcze odprawiane uroczyste nabożeństwa za Ojczyznę z udziałem szkół i organizacji społecznych ze sztandarami. W Kieleckim Przeglądzie Diecezjalnym nr 1 z 1938 r. odnajdujemy zarządzenie w sprawie nabożeństwa w dniu imienin Pana Prezydenta Rzeczypospolitej: „W dniu 1 lutego r. b. PW. Duchowieństwo odprawi uroczyste nabożeństwo z modłami za Ojczyznę i P. Prezydenta o godzinie umówionej z kierownikami miejscowych szkół i organizacyj etc., w myśl poprzednich zarządzeń Władzy Diecezjalnej”.

To był dzień imienin Prezydenta Ignacego Mościckiego. Takie było patriotyczne wychowanie ówczesnego pokolenia i jedność w narodzie, zachowującym najwyższy szacunek do godności tego stanowiska.

 Wybuch II wojny światowej okazał się zaskoczeniem dla wszystkich. Nastąpił wielki exodus ludności polskiej z zachodnich dzielnic. Również ks. Jan Rachtan uległ tej panice. Doszło do tego, że już w niedzielę 3 września 1939 r. w naszej parafii nie odbyły się nabożeństwa. Wierni, w obliczu nadciągającej nawałnicy hitlerowskiej, poczuli się opuszczeni nie tylko przez władze świeckie, ale również przez władze duchowne. Ks. proboszcz wrócił dopiero po paru tygodniach, podobnie jak wielu mieszkańców naszej parafii.

 Wobec braku volksdeutschów na naszym terenie, władze okupacyjne pozostawiły na swoich stanowiskach władze gminne i sołtysów. Wprowadzono przymusowe, rabunkowe kontyngenty, w kościołach zabroniono modlitw do Królowej Korony Polskiej i za Ojczyznę, śpiewania Bogurodzicy oraz innych pieśni patriotycznych.

 Już w 1940 r. w Krakowie zrabowano Ołtarz Wita Stwosza. Do jego demontażu przystąpiono w czasie trwania nabożeństwa adwentowego. Zniszczone zostały pomniki: Grunwaldzki, Kościuszki na Wawelu i Mickiewicza na Rynku. Nastąpił systematyczny rabunek dzieł sztuki z muzeów i Biblioteki Jagiellońskiej.

 Należy przypomnieć, w jakich czasach ks. Jan Rachtan sprawował funkcję polskiego kapłana i proboszcza na terenie okupowanym przez hitlerowskie Niemcy. W Jerzmanowicach wojsko niemieckie było zakwaterowane w barakach koło radiostacji na „Wyjrzole” i w przytułku dla ubogich koło kaplicy pw. św. Jana Chrzciciela. Rozpoczęły się przymusowe wyjazdy na ciężkie roboty do Niemiec, łapanki na ulicach, a nawet przed kościołami. Stosowano odpowiedzialność zbiorową za wszelkie przejawy oporu. O pacyfikacji w Łazach i przystąpieniu do Pierwszej Komunii Św. nazajutrz po tych wydarzeniach pisałem już w NATANAELU nr 10. Polska była jedynym krajem okupowanym bez kolaborującego z okupantem rządu, który mógł czynić starania na rzecz ochrony swych obywateli.

 Rolę tę z konieczności przejmowali polscy biskupi, czyniąc wszelkie możliwe starania chroniące polski kościół i polskich obywateli.

 Już 17 kwietnia 1940 r. Prymas Polski kardynał August Hlond przesłał obszerny, zawierający 48 stron, memoriał do papieża Piusa XII, opisujący stan życia kościelnego zwłaszcza na terenach przyłączonych do Rzeszy (Śląsk, Wielkopolskę, Pomorze), gdzie wysiedlono, aresztowano lub zgładzono ponad 90% duchowieństwa. W dokumencie jest mowa o maltretowaniu biskupów, pozbawiania parafii kleru, zamykaniu kościołów, niszczeniu klasztorów, zniesieniu nauczania religii, konfiskacie dóbr kościelnych, grabieży Polaków, wypędzaniu ludności, maltretowaniu i deportacji młodzieży. Zaborcy twierdzą, że „niewolnicy mają korzystać z dobrodziejstw analfabetyzmu”. W tej sprawie dnia 2 listopada 1942 r. został skierowany list do Jego Ekscelencji Generalnego Gubernatora Ministra dra Franka, który podpisał Adam Stefan Książę Sapieha Arcybiskup Krakowski. List ten naświetla ponury obraz prześladowania ludności polskiej. Następnie, 14 grudnia 1942 r. ,Metropolita Krakowski przeprowadził rozmowę z sekretarzem stanu rządu Generalnego Gubernatorstwa i gen. policji niemieckiej na temat prześladowania Polaków w siedzibie mieszczącej się w Akademii Górniczo-Hutniczej. Był to akt niezwykłej odwagi, którą wówczas wykazał Arcybiskup Krakowski, ponieważ takie zdecydowane wyrazy protestu mogły się zakończyć tragicznie. Inni biskupi starali się złagodzić okrucieństwo okupacji większą uległością, jak np. Biskup Kielecki Czesław Kaczmarek, któremu podlegała nasza parafia.

 Ks. bp Czesław Kaczmarek zwracał się kilkakrotnie do wszystkich proboszczów o przekazywanie ofiar z tacy z każdej czwartej niedzieli miesiąca Radzie Głównej Opiekuńczej, która pomagała najbiedniejszym Polakom w celu ulżenia ich nędzy.

 Jego Świątobliwość Papież Pius XII napisał 30 maja 1942 r. list do Kardynała Augusta Hlonda o swoich przeżyciach dotyczących opłakanego położenia Polski, która jednak dzięki Opaczności zawsze dźwigała się z katastrof. Wyraził także nadzieję, że po zakończeniu wojny nastąpi pokój i pojednanie narodów. Na zakończenie czytamy:

 „Zwiastunem tych łask niebieskich dla Polski i dowodem Naszej wielkiej miłości ku wam, ukochani Polacy, niech będzie błogosławieństwo Apostolskie, jakiego ze wzruszonego serca udzielamy w Panu Tobie, Synu Nasz Ukochany, oraz wszystkim Biskupom Polski i całemu Polskiemu Narodowi”.

 W takich warunkach przyszło sprawować posługę kapłańską w Jerzmanowicach ks. Janowi Rachtanowi, gdy tu stacjonowali Niemcy, a równocześnie podporucznik Piotr Ratoń prowadził kursy podchorążówki i podoficerskie dla członków AK.

 Natomiast w domu organisty Henryka Jankowskiego mieścił się tajny szpital dla partyzantów, zwanych wówczas desantami. Jego żona, Maria ps. Sława, należała do najaktywniejszych sanitariuszek.

 Do obozu zagłady można było wówczas trafić za wywieszenie flagi państwowej w święto narodowe, czy odmówienie przez księdza modlitwy: „Boże, Ojcze nasz i Opiekunie, błogosław Ojczyźnie naszej. Dodaj nam mocy i łaski, abyśmy ją modlitwą i pracą wspierali i zdolni byli do wszystkich dla niej poświęceń. Wspieraj, o Panie, Ojczyznę naszą i spraw, aby panowały w niej po wsze czasy sprawiedliwość, miłość i szczęście społeczne. Amen.”. Powojenne losy ks. Proboszcza Jana Rachtana będą tematem następnego artykułu.

Zygmunt Krzystanek


 
Z DZIEJÓW PARAFII

Siedemdziesiąt lat minęło…

 

Dnia 18 stycznia 2015 r. minęło siedemdziesiąt lat od zakończenia okupacji niemieckiej, która była najtragiczniejszym wydarzeniem w dziejach naszego narodu, a która w naszej parafii trwała 1961 dni – rozpoczęła się 5 września 1939 r. i zakończyła 18 stycznia 1945 r.

 Początek

Rozpoczęcie okupacji było dla wszystkich wielkim zaskoczeniem, pomimo że już od początku września przez nasz teren ciągnęły rzesze uciekinierów ze Śląska i Zagłębia. Polskojęzyczni agenci niemieccy siali panikę o okrucieństwie i rabunkach wojsk niemieckich, aby spotęgować chaos i spowodować blokadę dróg. Wielu mieszkańców naszej parafii uległo tej panice i czasem przez kilka tygodni błąkało się po kraju. Takim przykładem jest mój brat Tadeusz, liczący sobie wówczas 10 lat, który bez wiedzy rodziców wraz z kolegami uciekł aż do Ojcowa i, dopiero gdy zobaczył pożary w Skale, po wielu godzinach wrócił z towarzyszami do domu. Gdy w dniu 3 września 1939 r. z kryształkowego radia dowiedzieliśmy się o wypowiedzeniu wojny Niemcom przez Francję i Wielką Brytanię wraz z Kanadą, Australią i Południową Afryką, byliśmy prawie pewni, że nie ma zagrożenia. Znacznie później okazało się jednak, że były to tylko puste deklaracje, niepoparte działaniami militarnymi.

Gdy w upalny dzień 5 września zobaczyliśmy całą Przeginię spowitą w kurzu i dymie, byliśmy przekonani o zbliżaniu się posiłków od aliantów. Do jadących czołgów dziewczyny z Gotkowic, na czele z Janiną Siudy, pobiegły z naręczami kwiatów i zimną wodą ze studni, by powitać zmęczonych żołnierzy. Na czołgach nie były widoczne znaki niemieckie. Dopiero uciekające Ślązaczki zrobiły awanturę naszym dziewczynom, wyrywając i depcząc im kwiaty. Nie byli to nasi sprzymierzeńcy, lecz 14 armia niemiecka gen. Lista, która kierowała się do Skały drogą od Przegini przebiegającą obok nowo wybudowanej kaplicy w Gotkowicach. Tam armia stoczyła potyczkę, w wyniku której poległo kilku polskich żołnierzy, a Skała uległa spaleniu. Gdy przy tej drodze pozostała jedna zepsuta tankietka, wraz grupą dzieci podszedłem blisko, aby zobaczyć to cudo ówczesnej techniki, Niemieccy żołnierze – o dziwo – poczęstowali nas czekoladą. Dopiero później poznaliśmy terror okupanta, gdy w całej gminie zginęło 185 osób, z każdej wsi po kilkadziesiąt lub kilkanaście, a na roboty przymusowe do Niemiec wywieziono 850 osób.

 Koniec

Zwiastunem nadejścia zakończenia okupacji w naszym regionie było rozpoczęcie w połowie 1944 r. prac fortyfikacyjnych ze względu na zbliżający się front niemiecko-radziecki.

Cała tutejsza dorosła ludność, oraz ludzie dowożeni z Zagłębia i Śląska, była zatrudniona przy ręcznym kopaniu rowu przeciwczołgowego oraz trzech linii rowów strzeleckich, przy których Wehrmacht budował zasieki z drutu kolczastego. Na skalistym podłożu górnicy i saperzy, przez zastosowanie materiałów wybuchowych, uzyskiwali kilkumetrową głębokość rowu. Oprócz tego na tutejszych terenach wybudowano setki bunkrów stalowych, betonowych i drewniano-ziemnych. Z bunkrów sztabowych poprowadzono podziemne kable w kierunku zachodnim.

Tylko na terenach Sułoszowej naliczono ich około siedemset. Była to niemiecka linia obronna A2 chroniąca granice III Rzeszy, która rozpoczynała się już na Sienicznie, tuż przed Ilkenau (Olkuszem). Bardziej przezorni mieszkańcy widząc te przygotowania, sami zaczęli budować na swoich posesjach ziemianki, zwane dekonkami, przykrywane kilkoma warstwami bali drewnianych zasypanych grubą warstwą ziemi.

Już jesienią 1944 r. wieczorami było słychać dalekie detonacje z linii zbliżającego się frontu i drżenie ziemi. W nocy obserwowaliśmy reflektory przeciwlotnicze omiatające niebo w rejonie Krakowa, a nawet pożar bombardowanej rafinerii w Trzebini. Również w naszym regionie dochodziło do walk lotnictwa niemieckiego z samolotami radzieckimi. Wszystkie domy oświetlone wówczas karbidówkami musiały mieć szczelnie zaciemnione okna, aby utrudnić nawigację samolotom radzieckim i tym należącym do aliantów zachodnich. Nad przestrzeganiem tych rozporządzeń czuwały całonocne dyżury stróżów wyznaczanych przez sołtysa, co było kontrolowane przez policję.

Wielu mieszkańców pamiętało jeszcze czasy pierwszej wojny światowej, gdy linia frontu przebiegała przez nasz region i przez siedem tygodni trwały tu walki pozycyjne powodujące olbrzymie straty w ludziach i majątku. Wyobrażano więc sobie, co będzie się tu dziać, gdy każdy bunkier będzie musiał być zniszczony przy użyciu napalmu oraz przez bombardowanie, przez artylerię, w tym katiusze. W każdej chwili spodziewano się obsadzenia tych umocnień wojskiem wyposażonym w broń i amunicję.

Na początku stycznia 1945 r. wojska niemieckie, także konne tabory prowadzone przez własowców, zaczęły się przemieszczać przez nasz region. Koła tych wozów, zaopatrzone w stalowe obręcze jadąc po śniegu przy silnym mrozie wydawały przerażające zgrzyty.

W nocy z 17 na 18 stycznia 1945 r., czyli siedemdziesiąt lat temu, niespodziewanie, grupa około 70 czołgów radzieckich 59 Armii I Frontu Ukraińskiego, od strony Wielmoży przez Sułoszową, wzdłuż rowu przeciwczołgowego, przez Gotkowice , Jerzmanowice i Bębło pojechała w kierunku Krakowa. Próby obsadzenia tych fortyfikacji przez wojska niemieckie od strony linii kolejowej Krzeszowice – Kraków już się nie powiodły. Gdyby do tego doszło, bylibyśmy w oku wojennego cyklonu. Niemcy zdążyli tylko wysadzić wszystkie mosty nad rowem przeciwczołgowym, pomimo że nie wszyscy zdołali się przeprawić na jego zachodnią stronę. Ich los był przesądzony: cały sztab z Jerzmanowic, gdzie była potężna radiostacja, poległ koło Ostrej Góry, a część taborów razem z końmi została rozjechana przez czołgi w Gotkowicach. Czołgiści nie brali jeńców. O tych wydarzeniach dosyć szczegółowo pisałem już w NATANAELU nr 5.

Na naszym terenie front zatrzymał się na trzy dni, ponieważ po drugiej stronie rowu przeciwczołgowego Niemcy bronili się przez trzy dni, do 20 stycznia. Z terenu Przegini oraz dalszych stron ich artyleria ostrzeliwała pozycje radzieckie znajdujące się po drugiej stronie.

Mieszkańcy nie mieli schronienia w swoich domach, które w większości były wówczas zbudowane z drewna i nie chroniły nawet przed bronią strzelecką, a co dopiero przed pociskami artyleryjskimi. Ludzie musieli szukać innych sposobów ochrony. Przykładowo w Gotkowicach nie było jaskiń, tak jak w Sąspowie, czy Jerzmanowicach, dlatego wykorzystywano ziemianki. W bardzo mroźne dni i noce, z małymi dziećmi, szukano jednak innych możliwości. W zabytkowym budynku byłego folwarku znajdowały się olbrzymie piwnice sklepione z dużych głazów i to tam właśnie większość mieszkańców znajdowała schronienie. Przy akompaniamencie wybuchów pocisków żarliwie się tam modlono. Śpiewano piękną pieśń błagalną Suplikacje, tak jak w czasie klęsk żywiołowych i nieszczęść narodowych:

Święty Boże, Święty mocny,
Święty a Nieśmiertelny
Zmiłuj się nad nami.
Od powierza, głodu, ognia i wojny
Wybaw nas Panie !
Od nagłej i niespodziewanej śmierci
Zachowaj nas Panie !
My grzeszni Ciebie Boga prosimy
Wysłuchaj nas Panie.

Słychać było głośny płacz dzieci, a i dorośli nie ukrywali łez, robiąc sobie rachunek sumienia, bo mogła to być ostatnia modlitwa w ich życiu. Gdy w niedzielę 21 stycznia nastąpiła chwilowa cisza i już mogliśmy iść do kościoła podziękować Bogu za ocalenie, zobaczyliśmy pokryty śniegiem teren upstrzony czarnymi plamami od wybuchów pocisków. Niewybuchy jeszcze przez wiele lat powodowały kalectwo lub śmierć ludzi. Na szczęście naprowadzenie artylerii było złe, dzięki czemu pociski spadały z dala od zabudowań. Szyby w oknach, oklejone na krzyż paskami papieru, wytrzymały te detonacje. Odgłosy walk oddalały się, a czasem ponownie zbliżały, bo np. w czasie dziesięciodniowych walk o Sławków było 31 kontrataków niemieckich. Zachodziła obawa ponownego powrotu okupantów.

Wśród czerwonoarmistów było tu wielu skośnookich Azjatów oraz mieszkańców Kałmucji. Przeważały roczniki starsze. Zasoby ludzkie po czterech latach wojny były dosyć wyczerpane. Statystycznie długość życia artylerzysty wynosiła tam kilka miesięcy, a szeregowca w piechocie około jednego tygodnia. Dawano rozkaz nieustannego ataku, a cofających się nawet z okrążenia likwidowały odziały zaporowe NKWD. Numery jednostek były stałe, tylko ludzie się zmieniali. Przezorni żołnierze w kieszeniach mieli np. ziarno pszenicy, aprowizacja nie była idealna.

Oficerowie zażądali od sołtysa przygotowania jedzenia z baraniny, co na głodne żołądki poskutkowało fatalnie. Szczegóły można sobie tylko wyobrazić.

Żołnierze frontowi nie byli sprawcami drastycznych zajść, ale po przejściu frontu pojawiły się pijane grupy uzbrojonych dezerterów i maruderów, które dopuszczały się rabunków i innych przestępstw. Były one prawdziwą zmorą mieszkańców. Nie było jeszcze żadnej administracji, w związku z czym członkowie Armii Krajowej i Armii Ludowej utworzyli w Gminie Sułoszowa Milicję Obywatelską – chodzili w ubraniach cywilnych z biało czerwonymi opaskami na rękawach. Miała ona za zadanie obronę ludności cywilnej. Porzuconej broni wszelkiego rodzaju było pod dostatkiem.

Na terenie ówczesnego Powiatu Olkuskiego poległo 1099 czerwonoarmistów. Wyzwolili nas z okupacji niemieckiej, ale nie przynieśli nam prawdziwej wolności, bo sami jej nie mieli. Powstała Polska, ale została uzależniona pod każdym względem od Związku Radzieckiego prawie na pół wieku, co spowodowało znaczne spowolnienie rozwoju, mimo wyrzeczeń powojennych pokoleń.

 Ofiary zasługują na pamięć!

We wrześniu 1939 r. nasza armia liczyła 1,2 miliona żołnierzy, z czynnej służby i mobilizacji prawie dwudziestu roczników. Również z naszych miejscowości powołano dziesiątki mężczyzn na wojnę obronną. Nie wszyscy mieli szczęście powrócić do domu. Niektórzy natomiast zostali zamordowani w czasie okupacji, a ich prochy nie zostały odnalezione.

W związku z powiększeniem cmentarza parafialnego i jego nowym rozplanowaniem, dokonanym dzięki staraniom ks. Proboszcza Kazimierza Szczęsnego, właśnie teraz, w siedemdziesiątą rocznicę zakończenia niemieckiej okupacji, chciałem zaproponować wykonanie tablicy upamiętniającej osoby, które zginęły z rąk okupanta w czasie II wojny światowej, a które nie mają mogiły na naszym cmentarzu. Na tym symbolicznym grobie ich rodziny, nasza młodzież i my parafianie moglibyśmy zapalić znicze. W ten sposób ocalimy te osoby od zapomnienia. Propozycja tablicy obok. Być może lista ofiar wymaga jeszcze uzupełnienia. Poświęcenie takiej tablicy, symbolicznego grobu ofiar, byłoby wydarzeniem religijnym i patriotycznym.

Na zakończenie pragnę przypomnieć wypowiedź jednego z głównych architektów pokonania hitlerowskich Niemiec. Sir Winston Leonard Spencer Churchill – polityk, pisarz, laureate literackiej Nagrody Nobla, malarz, historyk, dwukrotny premier Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii powiedział: „im dalej patrzysz wstecz – tym dalej widzisz do przodu”. Sądzę, że powracanie do przeszłości naszej „małej ojczyzny” pozwoli nam łatwiej przygotować się na nachodzącą przyszłość.

Zygmunt Krzystanek

Propozycja tablicy upamiętniającej ofiary II wojny światowej z naszej parafii

 

Ś + P

OFIARY II WOJNY ŚWIATOWEJ

 Z Jerzmanowic:

   STANISŁAW BARANEK – UCZESTNIK WOJNY OBRONNEJ W 1939 R.

   JAN HRABIA – UCZESTNIK WOJNY OBRONNEJ W 1939 R.

   WŁADYSŁAW POLAK – UCZESTNIK WOJNY OBRONNEJ W 1939 R.

   PIOTR RATOŃ – PS. LEN, WIĘZIEŃ AUSCHWITZ I MAUTHAUSEN

 Z Łaz :

   JÓZEF WACHOWICZ – UCZESTNIK WOJNY OBRONNEJ W 1939 R.

   JAN GACH – WIĘZIEŃ OBOZU W PŁASZOWIE

   EDWARD GZYL – WIĘZIEŃ OBOZU W PŁASZOWIE

 

   Oddaliśmy Bogu Ducha

   Oddaliśmy serce Polsce

   Prochy nasze są w nieznanym miejscu.

 BOŻE, ZBAW!

W 70 rocznicę zakończenia okupacji niemieckiej – mieszkańcy Parafii Jerzmanowice

 

 
Z DZIEJÓW PARAFII

 
Uzupełnienie dziejów ks. Józefa Jędrychowskiego
Następny proboszcz – ks. Roman Adamski

Artykuł ukazał się w Nr 16 miesięcznika NATANAEL, s. 8-10

Dzięki uprzejmości Siostry Danuty Kozieł – nazaretanki, archiwistki z Archiwum Diecezjalnego w Kielcach, otrzymałem tekst ks. J. Pałczyńskiego zamieszczony w pierwszym numerze Kieleckiego Przeglądu Diecezjalnego z 1938 r., a poświęcony dziejom ks. Józefa Jędrychowskiego. Zawarte w nim informacje dotyczą okresu od czasów zaborów, czyli jeszcze sprzed wybuchu pierwszej wojny światowej, aż do jego zgonu w 1938 r. Dzięki tym wiadomościom możemy lepiej poznać osobowość naszego byłego proboszcza. Oto ten tekst (pisownia zgodna z oryginałem):

Z ŻAŁOBNEJ KARTY.
Ś. P. ks. Józef Jędrychowski M.Ś. T.

Ks. Mgr Jędrychowski po ukończeniu chlubnie akademii duchownej w Petersburgu na kilkanaście lat jeszcze przed wojną objął stanowisko prefekta w Seminarium nauczycielskim w Jędrzejowie.

Była to placówka nader ważna i odpowiedzialna. Zaborcy uważali Seminarium za kuźnię nauczycieli, przez których mogliby prowadzić „obrusienie, zruszczenie pod każdym względem ducha polskiego. Na tym stanowisku ks. J. okazał się wprost opatrznościowym. Wykształcony, równy, spokojny, dostojny w obejściu, robi wrażenie sfinksa, nie dającego się zgłębić ani zwierzchności, ani uczniom. Nazwać by go można dzisiejszym czołgiem, który wciąż idzie naprzód i wszelkie przeszkody zwycięża.

Obowiązkowy, pedantyczny,zawsze poważny. W ostatnich latach czasami lubiał wybuchać śmiechem, z lat uczniowskich uśmiechu na jego ustach nie pamiętam. Wykładami uczniów nie zachwycał ani nie olśniewał, oddziaływał całą osobą swoją. Na pozór mało przystępny umiał nawiązać nić z ruchem niepodległościowym uczniów i nań oddziaływał. Na wykładach zazwyczaj siedział. Ale jak miał coś osobistego do powiedzenia, zwykle przechodził się parę razy po klasie, niepostrzeżenie podsuwał się raz i drugi do okienka we drzwiach „szpiegówki” czy nie ma kogo na czatach i rzecz uczniom komunikował. Ducha narodowego z przedziwną finezją umiał przeprowadzić w całej swej pracy. […] Na kościół wskazywał nie tylko jako na ostoję wiary katolickiej , ale i na ducha polskiego.

Do siebie uczniów nie przywiązywał ani zapalał, bo o popularność nie dbał, demagogii nie urządzał. Uczniowie może go nie kochali, ale go bardzo cenili i mieli bezwzględny szacunek. Wpływ miał stanowczy, stąd renegatów wśród nauczycieli nie było, natomiast wychował wielu dzielnych patriotów.

Wielu spośród nauczycieli, jego wychowanków, kształciło się dalej, zdobywając później nawet wybitne stanowiska jak p. Warchałowski b. rektor politechniki warszawskiej. A powołań duchownych seminarium nauczycielskie w Jędrzejowie procentowo więcej dawało, aniżeli dzisiejsze gimnazja katolickie.

Po 20 kilku latach pracy w czasie wojny światowej opuszcza placówkę szkolną z wielką szkodą dla seminarium. Kolejno przebywa na kilku probostwach. W pasterzowaniu parafialnym już nie był tak udatnym jak na niwie szkolnej. Nie rozumiano się wzajemnie. To był urodzony pedagog, nie duszpasterz. Ostatnio był w Krzcięcicach. Okaz zdrowia i czerstwości. Lekarza nie znał przez całe życie. […] Niespodziewanie zamknął oczy 4 stycznia w rannych godzinach. Pogrzeb się odbył 7 stycznia przy udziale 20 kilku księży z J. E. ks. Biskupem Sonikiem na czele. Mowy pogrzebowe wygłosili J. E. ks. biskup, ks. Pałczyński, ks. A. Kaleta.

Cichy, spokojny, świątobliwy nieskazitelnie przeszedł przez całe życie, doceniony, szanowany przez wszystkich, a szczególniej tych, którzy go bliżej i głębiej poznać mogli.

Ks. J. Pałczyński

 

Następny proboszcz – ks. Roman Adamski

Na stronach internetowych Diecezji Sosnowieckiej dotyczących parafii Jerzmanowice, w wykazie proboszczów po ks. J. Jędrychowskim wymieniony jest ks. Jan Rachtan. Ks. Roman Adamski został pominięty, jakgdyby w ogóle nie istniał. A przecież jeszcze żyje pokolenie ludzi, którym w latach trzydziestych ubiegłego wieku pierwszej Komunii Św. udzielał właśnie ks. Roman Adamski.

Okazuje się, że podobnych nieścisłości na wspomnianej stronie jest więcej. Mianowicie, jeśli chodzi o powołania kapłańskie i zakonne, to np. parafia Przeginia, według imiennego wykazu, takich powołań miała czternaście, parafia Sułoszowa – piętnaście, natomiast parafia Jerzmanowice – zero. Na łamach NATANAELA pisałem o kilku kapłanach i siostrach zakonnych z naszej parafii,. Może nadarzy się okazja na uzupełnienie tej luki informacyjnej. Ks. Roman Adamski urodzony 16 kwietnia 1891 r. w Chlewiskach k/Końskich, otrzymał święcenia kapłańskie 17 października 1913 r. w Sandomierzu. Na terenie ówczesnej diecezji sandomierskiej pracował jako wikariusz w następujących okresach w parafiach:

1913-1914 Magnuszew,

1914-1915 Solec,

1915-1916 Szewna,

1916-1917 Skarżysko,

1917 Mirzec,

1917-1919 Szewna.

Już jako proboszcz pracował w parafii Dębno w latach 1919- 1932. Po reformie i nowym podziale diecezji ta parafia znalazła się w diecezji kieleckiej Posługę w parafii Jerzmanowice objął w 1932 r. po ks. Jędrychowskim. Nasi parafianie, których w tych latach uczył katechizmu, wspominają dosyć surowe dyscyplinowanie dzieci, ale w tamtych czasach również w szkole stosowanie kar cielesnych było codziennością. Można tu pokusić się o refleksję, że psychika ówczesnych dzieci nie uległa zdeformowaniu – już jako osoby dorosłe wykazały się wspaniałymi postawami patriotyzmu, religijności i pracowitości, czego przykładem mogą być osoby, o których pisałem w NATANAELU: siostry zakonne, dr. Czesław Żurowski z Łaz, a także inne, jak Stanisław Sokół z Gotkowic, czy moja siostra Helena mieszkająca we Wrocławiu.

Koło Młodzieży Wiejskiej w Gotkowicach w 1937 r. Pośrodku między
dziewczynami siedzi przewodniczący Koła - Andrzej Siudy, absolwent
Uniwersytetu Ludowego w Szycach.

Cieniem na działalności ks. proboszcza R. Adamskiego w naszej parafii kładzie się tylko jedno wydarzenie. Otóż w latach trzydziestych ubiegłego wieku na naszym terenie powstawały koła Związku Młodzieży Wiejskiej. Była to organizacja apolityczna, koncentrująca się na pracy społeczno-oświatowej i wychowawczej. Ruch ten miał na celu uczenie młodych mieszkańców wsi współżycia w środowisku, pracy zespołowej, miał wyrabiać wzajemny szacunek i równość. Wychowywał na przyszłych działaczy, ofiarnych patriotów pozbawionych kompleksów z powodu wiejskiego pochodzenia. W jego ramach organizowano różne kursy, odczyty, powstawały grupy samokształceniowe i amatorskie zespoły teatralne. Uczono również higieny, upowszechniano czytelnictwo i racjonalne gospodarowanie. Koła te dysponowały tylko składkami członkowskimi i wsparciem sympatyków. Nadrabiały zacofanie odziedziczone po rozbiorach. Przykładem takiej działalności było koło ZMW RP w Gtkowicach, należące do najaktywniejszych w powiecie. Pod nadzorem wspaniałej nauczycielki Heleny Składzieniównej, koło wykonało sztandar ZMW. Poczyniono starania o jego poświęcenie w 1935 r. Jednak Proboszcz ks. Roman Adamski odmówił. Nie dokonał poświęcenia, pomimo że spora część zrzeszonej w kole młodzieży należała do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej i Żeńskiej.

Poświęcenie sztandaru Koła Młodzieży Wiejskiej z Gotkowic.
Uroczystość w parafii Biały Kościół w 1935 r.
Chorążym jest Stanisław Jarosz w stroju krakowskim, po lewej Zofia
Śladowska-Kemona, po prawej Natalia Krzystanek-Śladowska.
Po lewej (w okularach ) nauczycielka Składzieniówna, po prawej (z wąsami)
wójt gminy Sułoszowa (do której należały Gotkowice), mieszkaniec
Jerzmanowic Franciszek Skrzypek, a za nim sołtys Gotkowic.

Proboszczowie okolicznych parafii w Przegini, Sułoszowej, Sąspowie, Skale postąpili identycznie, co było dla wszystkich wielkim zaskoczeniem i spotkało się z niezrozumieniem. Usilne starania zakończyły się jednak sukcesem w parafii Biały Kościół, oddalonej od Jerzmanowic o 10 km, należącej wówczas do innej diecezji (w 1924 r. parafia ta została odłączona od diecezji kieleckiej i ponownie przyłączona do diecezji krakowskiej). Postępowość koła nie przeszkadzała ks. Jerzemu księciu Czartoryskiemu, który dokonał uroczystego poświęcenia sztandaru ZMW. Przemarsz całej młodzieży po trasie liczącej 10 km w każdą stronę był mimo wszystko bardzo radosny, co potwierdzają zdjęcia z tego wydarzenia.

Poświęcenie sztandaru KMW Gotkowice, 1935 r.

Ks. Roman Adamski był proboszczem w naszej parafii do 1939 r., kiedy to został przeniesiony do parafii Solec Zdrój, gdzie pełnił posługę proboszcza do 1957 r. Po przejściu na emeryturę w 1957 r. przebywał w Domu Księży Emerytów w Kielcach. Zmarł 17 listopada 1971 r. Jest pochowany w grobowcu Księży Emerytów na Cmentarzu Nowym w Kielcach.

Dostęp do przedstawionych informacji dotyczących posługi kapłańskiej ks. Romana Adamskiego zawdzięczamy Siostrze Danucie Kozieł, archiwistce z Archiwum Diecezjalnego w Kielcach. W imieniu własnym i czytelników NATANAELA składam Siostrze serdeczne podziękowanie. Bóg zapłać!                     

  Zygmunt Krzystanek

 
«pierwszapoprzednia1234następnaostatnia»

Strona 2 z 4

Ciekawostki z przeszłości

Dawne wierzenia i zwyczaje

Statystyka strony

Użytkowników : 2
Artykułów : 281
Odsłon : 173581

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 6 gości