Jerzmanowice
Z DZIEJÓW PARAFII

„O wojnę powszechną za wolność ludów – prosimy Cię Panie”

Tak modlił się nasz wieszcz Adam Mickiewicz w Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego wydanych w grudniu 1832 r. w Paryżu. I Pan Bóg wysłuchał jego modlitwy. Obecnie taka prośba może się wydawać absurdalna, a nawet nieludzka, ale dla odzyskania wolności człowieka – cennego daru bożego, trzeba było być gotowym na wszystko. W ówczesnych czasach zmowa złowrogich potęg (Rosji i Prus) była powodem więzienia narodów.

Historia udowodniła, że nasze wielokrotne zrywy narodowe w postaci powstań, nie były w stanie pokonać potężnych zaborców i osiągnąć celu jakim było wyzwolenie narodowe. Dopiero wojna pomiędzy zaborcami dawała nadzieję na oswobodzenie się z ich jarzma. Polakom i wielu innym narodom.

Wybuch I wojny światowej, nazywanej również wielką wojną, był więc tym, na co czekano. Z głęboką zadumą wracamy do tych wydarzeń, które przed stu laty miały miejsce właśnie tu, w naszej małej ojczyźnie.

Po wybuchu wojny Pierwsza Kompania Kadrowa pod dowództwem Tadeusza Zbigniewa Kasprzyckiego na rozkaz Józefa Piłsudskiego wyruszyła z Krakowa 6 sierpnia 1914 r. w kierunku Kielc. Kompania ta liczyła około 150 żołnierzy. Tymczasem naczelnik Józef Piłsudski wyznaczył w Krzeszowicach koncentrację ochotników w liczbie około 1500 strzelców i 7 sierpnia 1914 r. poszczególne oddziały pod dowództwem naczelnika sukcesywnie przekraczały rosyjską granicę w Racławicach. Właśnie tu rozpoczęło się wyzwalanie i zjednoczenie ziem trzech zaborów.

To doniosłe wydarzenie stało się inspiracją do namalowania obrazu przez Jerzego Kossaka (1886-1955), najmłodszego z malarskiej „dynastii” Kossaków. Na zamieszczonej reprodukcji tego dzieła widzimy naczelnika Józefa Piłsudskiego na czele swoich strzelców, w tumanach kurzu, obok powalonego rosyjskiego słupa granicznego w Racławicach. Taka była wizja artysty, bo rzeczywistość była trochę odmienna. Słup graniczny został wykopany dopiero kilka tygodni później i przewieziony do Krzeszowic. Takie słupy graniczne były przez 99 lat również usytuowane na końcu Szklar (od strony Dubia) oraz w Dolinie Będkowskiej koło Sokolicy. Austriacy uzbroili strzelców w przestarzałe, jednostrzałowe karabiny werndla z XIX w. bez pasów i bez bagnetów – obraz tego nie uwzględnia. Mimo to dobrze byłoby, gdyby reprodukcje tego dzieła zawisły w szkołach i urzędach naszego regionu.

Przekraczanie rosyjskiej granicy w Racławicach zostało również upamiętnione w Paczółtowicach poprzez ufundowanie przez Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Krzeszowskiej w 1992 r. obelisku. Umieszczony tam napis głosi: 1867-1935 Komendant Józef Piłsudski pomnik Niepodległości Polski w Paczółtowicach w dniu 7 sierpnia 1914 oddziały strzelców dowodzone przez Komendanta Józefa Piłsudskiego przekroczyły granicę zaboru rona syjskiego Paczółtowice – Racławice żołnierzom z Paczółtowic, Dębnik i Żar walczącym o Polskę niepodległą w latach 1914-1918-1921 wdzięczni rodacy. Chwałą synów są ich ojcowie sierpień 1992.

Po przekroczeniu granicy oddziały strzelców maszerowały przez Racławice i Czubrowice, a następnie trawiastą doliną w kierunku Przegini i Gotkowic koło Ostrej Góry (zdjęcie powyżej). Tą doliną spływała woda w czasie wiosennych roztopów i burz, od granic Sąspowa i Sułoszowej aż do Racławki. Także tym szlakiem w późniejszych czasach, we wrześniu 1939 r. wycofywała się polska kawaleria, a w styczniu 1945 r. w przeciwnym kierunku maszerowały zwarte oddziały piechoty radzieckiej.

Dalsza trasa strzelców prowadziła przez Sąspów do Skały. Społeczeństwo Skały wręczyło Piłsudskiemu srebrny ryngraf z Matką Boską Ostrobramską, który naczelnik będzie nosił przy sobie aż do śmierci. W tamtych czasach, jak i w okresie międzywojennym, gdy Wilno należało do Rzeczpospolitej, wizerunek Matki Boskiej Ostrobramskiej był czczony tak jak wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej.

9 sierpnia żołnierze zatrzymali się koło Miechowa w majątku Czaple Małe, gdzie Józef Piłsudski otrzymał od właściciela czteroletnią klacz – słynną Kasztankę.

W Miechowie nastąpiło połączenie z kadrówką i został utworzony batalion, składający się z trzech kompanii. Batalion kadrowy z Piłsudskim na czele, poprzedzony kawalerią, dotarł 12 sierpnia do Kielc, do których zbliżały się również oddziały rosyjskie z 14 Dywizji Kawalerii gen. Aleksandra Nowikowa. Wówczas doszło do starć patroli. Gdy jednak zjawiła się tam cała rosyjska dywizja i zaczęła okrążać miasto, szef sztabu, gen. Kazimierz Sosnkowski wydał rozkaz opuszczenia Kielc.

Wielka wojna trwała jeszcze cztery lata, ale o niepodległą Polskę walki trwały znacznie dłużej.

Naszym nieszczęściem był fakt wcielenia Polaków przez zaborców do swoich armii, co powodowało bratobójczą walkę. Koledzy mojego ojca, zmobilizowani do armii rosyjskiej, byli zmuszeni walczyć nie tylko przeciw Austriakom i Niemcom, ale również przeciw Polakom z tych zaborów. Mój ojciec Ludwik uniknął służby w rosyjskim wojsku tylko dlatego, że był jedynym synem spośród pięciorga rodzeństwa. Natomiast jeden z jego kolegów, Stanisław Piaśnik z Gotkowic, służył w gwardii przybocznej ostatniego cara Mikołaja II.

Na zakończenie należy dodać, że ta „powszechna” wojna przyniosła wolność dziesięciu narodom, nie tylko Polsce, ale również Finlandii, Łotwie, Estonii, Litwie, Czechosłowacji, Węgrom, Jugosławii, Irlandii i Islandii. Obyśmy już nigdy nie musieli się modlić o wojnę powszechną.

Zygmunt Krzystanek

 
Z DZIEJÓW PARAFII

 Ks. Józef Jędrychowski – proboszcz w niepodległej Polsce

 

 

W 10. numerze Natanaela pisałem o wspaniałym kapłanie, proboszczu naszej parafii ks. Zygmuncie Boratyńskim, który w 1919 r. został przeniesiony do parafii Wawrzeńczyce. W tym samym roku jego następcą został ks. Józef Jędrychowski, mgr św. Teologii, który przybył z prefektury szkół w Miechowie i kapelanii szpitalnej.

W tym czasie Polska była już niepodległa, ale jeszcze nie miała ustalonych żadnych granic państwowych. Zaborcy nie mieli zamiaru zwracać zagrabionych ziem polskich i trzeba je było zdobywać orężem. Wielu naszych parafian brało udział w tych walkach, a niektórzy polegli.

Cały naród składał podziękowanie Najwyższemu za cudowne przywrócenie wolności. Niedawno, 11 listopada, my także mieliśmy okazję do dziękczynienia za posiadanie tej wolności oraz modlitwy za wszystkich, którzy się przyczynili do jej odzyskania. Z okazji święta Niepodległości odbyły się uroczyste Msze św. za Ojczyznę, w tym również Msze św. Pontyfikalne w katedrach diecezjalnych.

Ks. Józef Jędrychowski oprócz obowiązków duszpasterskich kontynuował prowadzenie parafialnej biblioteki, której jak wiemy założycielem był jego poprzednik, ks. Zygmunt Boratyński. Wzbogacał także jej zbiory.

W 1928 r. ks. Jan Wiśniewski, Kanonik Sandomierski, proboszcz w Borkowicach, autor „Historycznego opisu kościołów, zabytków i pamiątek w olkuskiem”, przebywał w naszej parafii i m.in. oglądał zbiory innej biblioteki, mianowicie biblioteki dekanalnej, usytuowanej w naszym kościele, w skarbcu nad zakrystią. Jej dyrektorem był proboszcz ks. Józef Jędrychowski. Założycielem i pomysłodawcą biblioteki dekanalnej był ks. Markowski, dziekan olkuski, który w 1847 r. przedłożył taki projekt Władzy Diecezjalnej w Kielcach. Po uzyskaniu zezwolenia na założenie takiej biblioteki w Dekanacie Skalskim, ustalono, że będzie się ona mieścić w budowanym kościele w Jerzmanowicach. Szczegółowy regulamin jej działania został opracowany 1 lutego 1851 r. przez ks. W. Markowskiego kan. hon. Kaliskiego, dziekana skalskiego, proboszcza w Szreniawie. Według punktu nr 2 regulaminu: „Dyrektorem tej Biblioteki będzie miejscowy beneficjant i jego następcy”. W punkcie 7 z kolei czytamy: „Zachęcać kondekanalnych kapłanów, aby się do pomnożenia Biblioteki skutecznie przyczyniali, albo ciepłą ręką swe własne książki tamże składali albo ostatnią wolą swoją, czyli testamentem takowe Bibliotece przekazywali”.

Biblioteka w 1928 r. liczyła już kilkaset tomów, w tym kazania i liczne „białe kruki”, jak Antyfonarz wyd. w Krakowie w 1645 r., czy rękopis „Acta decretarum [...]” z 1772-1825 r. Biblioteka była nadzorowana przez kolejnego dziekana, a wypożyczanie książek odbywało się tylko za rewersem.

Ks. Józef Jędrychowski pełnił posługę w naszej parafii do 1932 r. Pochowany jest na cmentarzu w Parafii Krzęcice, Gmina Sędziszów, Powiat Jędrzejów z dwoma innymi księżmi. Zdjęcie pomnika z czarnego marmuru zamieszczamy powyżej.

Zygmunt Krzystanek

 
Z DZIEJÓW PARAFII

Lekarz Nadziei - dr med Czesław Żurowski

 dr med. Czesław Żurowski

  

Najnowsze dzieje naszej parafii przynoszą wydarzenia równie ciekawe, jak historia.

W NATANAELU nr 6 sygnalizowałem, że Stowarzyszenie Lekarze Nadziei w ubiegłym roku zostało nominowane przez ks. Kardynała Kazimierza Nycza i Arcybiskupa Józefa Kowalczyka do Nagrody TOTUS. Jest to nagroda Fundacji „Dzieło Nowego tysiąclecia”.

W tym roku, 11 października, taką nagrodę otrzymał prof. dr med. Zbigniew Chłap, Przewodniczący Zarządu Głównego Stowarzyszenia Lekarze Nadziei.

Początki tego Stowarzyszenia sięgają 18 sierpnia 1989 r., gdy Sąd Wojewódzki w Krakowie zarejestrował Stowarzyszenie „Lekarze Świata”, jako polską filię Medecins du Monde. W 1995 r. ten polski oddział został przekształcony w Stowarzyszenie „Lekarze Nadziei” (dalej, jako: SLN), któremu od początku przewodniczy patofizjolog prof. dr med. Zbigniew Chłap, człowiek utalentowany i ofiarny w niesieniu pomocy ludziom bezdomnym.

Istotny wkład w działanie SLN ma jeden z mieszkańców naszej parafii. Internista dr med. Czesław Żurowski urodzony w Łazach w 1927 r., przez 20 lat był dyrektorem i ordynatorem Szpitala Kolejowego w Krakowie. Obecnie jest na emeryturze. W roku 2000 spotkał się z prof. Chłapem, kolegą ze studiów, i zdecydował zostać lekarzem wolontariuszem w SLN, aby według zaleceń Ewangelii pomagać ludziom biednym w trudnych sytuacjach życiowych. Jako Przewodniczący Zarządu Oddziału Krakowskiego SLN zachęcił już ośmiu lekarzy do tej działalności, w tym swoją żonę Krystynę, pediatrę, rodowitą lwowiankę, która zajmuje się organizowaniem pomocy dla Polonii, szczególnie dla dzieci na Ukrainie i Białorusi. Pomoc ta jest podobna do wsparcia, jakiego w czasie stanu wojennego Polsce udzielały kraje zachodnie. Do gabinetu dra Żurowskiego, mieszczącego się w nowym gmachu kapucyńskiego Dzieła Pomocy św. Ojca Pio przy ul. Smoleńsk 4, przychodzą ludzie chorzy, przebywający w kanałach, piwnicach, altankach na działkach, lub po prostu nocujący na ławkach w parku. Swoje zaangażowanie w pomocy tym ludziom dr Żurowski tłumaczy tym, że skoro otrzymał od Stwórcy taki talent leczenia ludzi, to stara się go wykorzystać jak najlepiej, dopóki mu wystarcza sił. Obecnie w tej przychodni dr Żurowski przyjmuje w każdy poniedziałek od godz. 14: 00. Również personel pielęgniarski, za sprawą dra Żurowskiego, pracuje bez wynagrodzenia, dla sprawy, dla idei, dla kogoś.

Zgłaszający się pacjenci są zaniedbani, zawszeni, często z robactwem w ranach, czy ze świerzbem, a nawet zakażeni HIV. Przed badaniem najpierw trzeba ich rozebrać, a zesztywniałą odzież porozcinać. Po kąpieli w łaźni w budynku Ojców Kapucynów, gdzie mieści się również pralnia służąca ludziom bezdomnym i ubogim, trzeba im wymienić odzież i założyć opatrunki. Wśród tych pacjentów są osoby po studiach, nawet lekarze, artyści, aktorzy, nawet potomek rodu hrabiowskiego. Ich dramat zaczynał się często utratą pracy, zadłużeniem, popadnięciem w alkoholizm, narkotyki i rozpadem rodziny. Niektórzy wyszli z więzienia lub musieli, ze względu na wiek, opuścić dom dziecka.

Przychodnia przy ul. Smoleńsk średnio rocznie udziela około trzy i pół tysiąca porad. Codziennie czynne są dwa gabinety internistyczne oraz gabinet zabiegowo – chirurgiczny, raz w tygodniu gabinet stomatologiczny i ginekologiczny. Pacjentom zagubionym w swoich życiowych problemach porady udziela również psycholog. Brakuje jeszcze neurologa, okulisty i dermatologa.

W zespole jest 12 lekarzy, 4 pielęgniarki, intendentka i rejestratorka. Pomocą służą jeszcze studenci, młodzi lekarze i inni wolontariusze, np. informatyk. Razem 42 osoby. Sen z powiek personelowi przychodni spędzają finanse. Dotacja z Urzędu Miasta Krakowa w b. r. wynosi 100 tys. zł., co jednak nie pokrywa potrzeb przychodni, która ponosi koszty wynajmu pomieszczeń aptecznych oraz z magazynów leków i sprzętu rehabilitacyjnego. Jako organizacja pożytku publicznego przychodnia liczy jeszcze na wpływy z 1% podatku dochodowego i na darowizny sponsorów.

Pomimo tego, że SLN posiada jeszcze oddział w Warszawie, do krakowskiej placówki trafiają pacjenci z różnych części Polski, a nawet uchodźcy z innych krajów.

Osobom tym, oprócz porady trzeba jeszcze przekazać lekarstwa i odzież. W różnych okresach czasu lekarze z krakowskiego oddziału udzielali pomocy w wielu krajach, np. w Rumunii, na Litwie, w Jugosławii, Czeczenii, Kamerunie.

Tak wybitnej osobistości i dobremu człowiekowi z naszej parafii, dr Czesławowi Żurowskiemu należy życzyć długich lat życia w dobrym zdrowiu. Ta chwalebna działalność przynosi satysfakcję dr Żurowskiemu, ale jest również dumą całej parafii, z której pochodzi. Panie doktorze, niech Bóg bogaty w Miłosierdzie nagrodzi trud tej pięknej i trudnej posługi drugiemu człowiekowi!

Zygmunt Krzystanek

Nominacja do Nagrody TOTUS za rok 2013 dla SLN w kategorii
„Promocja człowieka, praca charytatywna i edukacyjno-wychowawcza”

Bibliografia:

Elżbieta Dziwisz: „Tego lata spotkałam dobrych ludzi.” Miesięcznik Społeczno-Kulturalny „KRAKÓW” Nr 09 [119] Wrzesień 2014

 
Z DZIEJÓW PARAFII Józef Drapała – powstaniec warszawski
Jesteśmy w trakcie obchodów 70. rocznicy Powstania Warszawskiego, oddając hołd jego bohaterom i ofiarom tych zmagań. Nie możemy zapomnieć, że również ktoś z naszej parafii uczestniczył w tym Powstaniu. Był to mieszkaniec Gotkowic - Józef Drapała. Warto poznać historię jego życia i okoliczności, które zaprowadziłygo z naszej małej ojczyzny do stolicy.

Józef Drapała w mundurze zachodnim

Józef Drapała urodził się w Gotkowicach 7 lipca 1922 r. Był najstarszym synem Franciszka i Marianny z domu Gach, pochodzącej z Łaz. Miał dwóch braci i dwie siostry. Kilkumorgowe gospodarstwo nie zapewniało odpowiedniego standardu życia siedmioosobowej rodzinie, której nie było stać nawet na utrzymanie konia, a wynajęte „końskie dniówki” trzeba było podwójnie odrabiać z powodu braku funduszy. Dlatego 17-letni Józef wyruszył w 1939 r. w świat. Na zaproszenie pochodzącego z Łaz kuzyna, Andrzeja Gachowieckiego, wyjechał do Warszawy, gdzie został zatrudniony w sklepie spożywczo-kolonialnym.

Już w 1942 r. Józef wstąpił do konspiracyjnej Walki Zbrojnej, pełniąc funkcję kolportera prasy podziemnej. Po wybuchu Powstania Warszawskiego 1 sierpnia 1944 r. wstąpił do Armii Krajowej, składając przysięgę według roty:

„W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny Królowej Korony Polskiej, kładę swe ręce na ten Święty Krzyż, znak Męki i Zbawienia i przysięgam być wiernym Ojczyźnie mej Rzeczpospolitej Polskiej, stać nieugięcie na straży Jej honoru i o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił – aż do ofiary życia mego.

Prezydentowi Rzeczpospolitej Polskiej i rozkazom Naczelnego Wodza oraz wyznaczonemu przezeń Dowódcy Armii Krajowej będę bezwzględnie posłuszny, a tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało.

Tak mi dopomóż Bóg.”

Przyjął pseudonim „Jeleń”. Należał do 36 Pułku Piechoty pod dowództwem płk. Radwana, w obwodzie Warszawa – Śródmieście. Dowódcą kompanii był por. Skała. Józef walczył na barykadach ul. Królewskiej, w Ogrodzie Saskim i o Pocztę Główną. Został ranny w głowę. Za waleczność i odwagę awansowano go do stopnia starszego strzelca, a następnie kaprala. Dopiero rozkaz kapitulacji, wydany 2 października 1944 r., zwolnił go z dalszej walki i przysięgi.

Warszawa została prawie zrównana z ziemią. Po upadku powstania straty po stronie polskiej były ogromne: ok. 10 tys. Poległych powstańców, ok. 7 tys. Osób uznanych za zaginione, ok. 5 tys. ciężko rannych. Wśród ludności cywilnej straty oszacowano na ok. 200 tys., reszta warszawiaków zastała wysiedlona i rozproszona po całej okupowanej Polsce. Przybyli oni również na nasze tereny. Początkowo mieszkali w salach szkolnych, po kilka rodzin w jednej klasie przedzielanej prześcieradłami, a następnie byli przyjmowani w domach prywatnych.

Józef Drapała, wraz z szesnastoma tysiącami powstańców dostał się d o niemieckiej niewoli na prawach kombatanckich. Początkowo Niemcy wszystkich powstańców karali śmiercią, jak bandytów. Dopiero, gdy alianci zagrozili rozstrzeliwaniem jeńców niemieckich, strona niemiecka przyznała prawa kombatanckie powstańcom.

Józef został wywieziony do Niemiec, gdzie przebywał w stalagu XI B w Fallingbostel. Po paru miesiącach został przewieziony do Hanoweru i skierowany do pracy przymusowej w przedsiębiorstwie budowlanym, aż do wyzwolenia jego obozu przez wojsko angloamerykańskie. Niezwłocznie wstąpił do Cywilnej Kompanii Wartowniczej, jako członek liczących ok. 200 tys. Żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych, działających w ramach wojsk okupacyjnych w Niemczech.

Po paru latach nostalgia za rodziną i krajem przywiodła go z powrotem do kraju. Ze Stuttgardu, przez radziecką strefę okupacyjną, 18 czerwca 1947 r. przybył do Polski, do Punktu Przyjęcia Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, a następnie do Gotkowic, gdzie zamieszkał u rodziców.

Kiedy okazało się, że jego kuzyn i były pracodawca Andrzej Gachowiecki prowadzi sklep we Wrocławiu, Józef Drapała niezwłocznie wyjechał i został tam zatrudniony. Potem nastąpiły lata nauki i zdobywania kwalifikacji w dziedzinie budownictwa, aż do kierowania dużym i inwestycjami na terenie Wrocławia. Przedwczesny i tragiczny zgon Józefa, który nastąpił 9 lipca 1969 r., w wieku 47 lat, już w czasach pokojowych, to element oddzielnego tematu poplątanych losów tego pokolenia.

Z okazji okrągłej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, w obliczu ogromu ofiar w ludziach i w majątku narodowym, jaki ono przyniosło, mnożą się różne opinie na temat sensu i celowości tego zrywu. Nie wolno zapominać, że w czasach okupacji niemieckiej Polacy byli pozbawieni wszelkich praw, tym bardziej, że Polska była jedynym krajem okupowanym, który nie miał władzy kolaborującej z okupantem. Terror hitlerowski był powszechny, o czym świadczą choćby fakty z naszej gminy Sułoszowa, gdzie zginęło 185 mieszkańców, a ponad 850 osób wywieziono na roboty przymusowe do Niemiec w kopalniach, przemyśle zbrojeniowym, czy gospodarstwach rolnych. Urządzano uliczne łapanki, tak jak w ubiegłych wiekach na afrykańskich niewolników. Mamy w historii buntów i powstań przykłady, gdy z góry było wiadomo, że zwycięstwo jest niemożliwe. Powstanie Żydów w Getcie Warszawskim, a w starożytnym Rzymie powstanie niewolników pod wodzą Spartakusa przeciw największemu mocarstwu - oba były skazane na klęskę.

Powstańcy Warszawscy chcieli pokonać Niemców i doprowadzić do odrodzenia Państwa Polskiego niezależnego od Związku Radzieckiego. To cele, które były wówczas nieosiągalne. Nie można jednak powstańcom odmówić odwagi, zorganizowania i niezłomności w walce. I za to cześć ich pamięci!

Zygmunt Krzystanek

Karta identyfikacyjna CKWz 1947 r.

1944. Józef Drapała

 Legitymacja tymczasowa AK z 1944 r.

 
Z DZIEJÓW NASZEJ PARAFII

 
Co łączy pacyfikację w Łazach z uroczystością pierwszej komunii św. ?

Aby udzielić odpowiedzi na powyższe pytanie, musimy się cofnąć w czasie o siedemdziesiąt lat, jako że w ubiegłym roku bardzo uroczyście oddaliśmy należną cześć zamordowanym mieszkańcom Łaz, oraz osobom uczestniczącym w pacyfikacji tej wsi w piątek 16 lipca 1943 r. Wówczas od wczesnego rana około 500 osobowa kolumna niemieckich żołnierzy IV oddziału Gestapo w Krakowie , którą dowodził  SS-Sturmbannfuhrer Willi Haase, a udział brali m.in. SS-Unterstrmfuhrer Heinrich Balb, SS-Sturmfuhrer Erich Volbracht, oraz Otto Zeiss- komendant posterunku Zabierzowie, dokonała okrążenia ze wszystkich stron całej wsi. W wyniku tej pacyfikacji cztery osoby zostały zamordowane, kilkanaście osób nieludzko torturowano, również kilkanaście osób więziono do 4 października 1943 r. Główny sprawca  tej pacyfikacji  - Władysław Miś , konfident Gestapo, po ustaleniu jego winy i wydaniu wyroku przez Sąd Wojskowy, grupa egzekucyjna Oddziału Partyzanckiego „Mohorta” Jana Pieńkowskiego wykonała wyrok śmierci na Misiu w Łazach. Otóż następnego dnia po pacyfikacji, czyli w sobotę 17 lipca 1943 r. odbyła się uroczystość parafialna  w Jerzmanowicach pierwszej komunii św. drugiej klasy, mojego rocznika 1934 r. i trochę starszych. Dlatego na własnym przykładzie pragnę przedstawić przeżycia z tym związane.Przed tym jednak należy naświetlić w jakich warunkach doszło do tej uroczystości w czasie    niemieckiej okupacji i według procedur obowiązujących przed II Soborem Watykańskim. Otóż po ukończeniu pierwszej klasy, ośmiolatki przystępowały do pierwszej spowiedzi świętej. Mój rocznik odbył tą uroczystość 23 lipca 1942 r.

W drugiej klasie była kontynuowana nauka religii prowadzona przez nauczycieli-opiekunów klasowych, którzy uczyli pozostałych przedmiotów: języka polskiego, arytmetyki z geometrią, śpiewu, a nawet ćwiczeń cielesnych. Świadectwo szkolne świadczy o ograniczonym programie nauczania. Nie  posiadaliśmy żadnych podręczników, jedynie w klasie pierwszej i drugiej szkoła otrzymywała miesięcznik „Mały Ster”, a od trzeciej klasy „Ster”, wydawany przez władze Generalnego Gubernatorstwa, dążące do germanizacji młodego pokolenia. Jednocześnie wszystkie dzieci szkolne były zobowiązane do oddania w każdym roku szkolnym odpowiedniej ilości suszonych ziół, np. dziurawca, rumianku, kwiatu lipowego itp. Do szkoły nie nosiliśmy dużych ciężarów, w teczce, lub w woreczku z płótna lnianego było tylko kilka zeszytów, piórnik z ołówkiem i stalówką. Atrament zapewniała szkoła.


 Świadectwo szkolne otrzymaliśmy wówczas 3 lipca 1943 r. i wówczas rozpoczęła się intensywna nauka katechizmu prowadzona przez ks. proboszcza Jana Rachtana, z pomocą kilkunastoletnich dziewczyn, ponieważ w tamtych czasach nie było wikariuszy. Nauka odbywała się na trawniku cmentarza przykościelnego, w cieniu lip, istniejących dotychczas. W czasie deszczu chroniliśmy się w obszernym ganku plebanii. Ta część wakacji drugiej klasy była zawsze przeznaczona na naukę katechizmu i przygotowania do pierwszej komunii św. , co trwało zwykle kilkanaście dni. Po 20 lipca zwykle rozpoczynały się żniwa i dzieci szkolne również   były angażowane do prac pomocniczych przy żniwach, praktycznie do końca wakacji.

Również ks. proboszcz był gospodarzem na 6 morgach ziemi parafialnej [ przed konfiskatą w 1865 r. po powstaniu styczniowym było 86 morgów ] i był zmuszony sam organizować żniwa. Był ostatnim proboszczem zajmującym się gospodarstwem rolnym, hodując m.in. konie, krowy, tak jak w ciągu wieków trwania parafii. Ze względów czasowych ks. proboszcza, pierwsza komunia św. była zawsze organizowana w sobotę, a nie w niedzielę. Natomiast tylko w niedzielę, a nie w sobotę, był udzielany sakrament małżeński, aby przyjęcie weselne nie przeszkadzało w obowiązku udziału w mszy św. niedzielnej.


Tak więc w sobotę 17 lipca 1943 r. przystąpiliśmy do uroczystej, pierwszej komunii św. , nazajutrz po pacyfikacji w Łazach.  Łatwo sobie wyobrazić w jakim nastroju to się odbyło, a szczególnie jak to przeżywały dzieci i towarzyszące im mamy z Łaz, które poprzedniego dnia mogły przestać już istnieć. W trakcie robienia zdjęcia fotograf zachęcał nas do uśmiechu, ale to był uśmiech przez łzy. Mam nadzieję, że wszystkie osoby rozpoznają się na załączonych zdjęciach. Dziewczyny, które pomagały księdzu uczyć nas katechizmu są na tym zdjęciu w strojach „cywilnych”.  Pomagającą była również Marianna Polak, która później została siostrą urszulanką. Nasz ubiór na taką uroczystość  był bardzo skromny. Kupowane na tandecie odzież, wyprzedawaną przez mieszkańców Krakowa, aby zyskać środki na przeżycie. Była następnie przerabiana na stroje komunijne przez rodziny, lub miejscowe krawcowe.

To były czasy  jeszcze przed II Soborem Watykańskim, gdy obowiązywały inne przepisy kościelne. Do komunii św. można było przystąpić na czczo, czyli bez jedzenia picia. Dla dziewięciolatków, czasem po przejściu kilku kilometrów pieszo, w upalny dzień, po zakończeniu uroczystości brakowało sił na pieszy powrót do odległego domu. Dlatego na zakończenie uroczystości byliśmy poczęstowani na plebanii pieczywem i kawą zbożową z mlekiem, słodzoną sacharyną, ponieważ cukier był niedostępny. W domu nie było żadnych przyjęć, ani prezentów. Była to tylko uroczystość  duchowa. W trakcie najbliższej kolędy otrzymałem już od księdza proboszcza imienną kartkę do wielkanocnej spowiedzi, taką, jak reszta domowników. Wówczas postanowiłem zostać ministrantem. Podstawowym warunkiem zrealizowania tego zamiaru, była konieczność nauczenia się ministrantury po łacinie, a była to spora książeczka z długimi tekstami Spowiedzi Powszechnej, Składu Apostolskiego i Ojcze Nasz. Po polsku tylko pieśni śpiewano, ale organista Jankowski również po łacinie śpiewał Litanię do Wszystkich Świętych w czasie procesji, a wierni odpowiadali „ora pro nobis”. Kapłan był zwrócony w kierunku ołtarza w czasie nabożeństwa, w trakcie którego ministranci modlili się po łacinie i przenosili dosyć ciężki mszał z jednej strony ołtarza na drugą. Oprócz ministrantury, pełniłem czasem wraz kolegami dyżur na chórze aby napędzać nożny miech niezbędny do gry na organach. Wówczas jeszcze nie było energii elektrycznej. Jak wiadomo, liturgia Kościoła Katolickiego została zmieniona dopiero przez II Drugi Sobór Watykański powołany przez papieża, już świętego Jana XXIII. Uroczysta pierwsza komunia św. mojego rocznika  ze względu na ten wyjątkowy zbieg okoliczności utkwiła nam głęboko w pamięci na całe życie i oby się nigdy już taka sytuacja nie powtórzyła.


     Zygmunt Krzystanek

 

1943.komunia w.grupa

1943 Pamiątka I Komunii św.

 

1943.komunia w. z siostra helena

1943 Pamiątka I Komunii św. z moją siostrą Heleną

1943.swiadectwo ukonczenia kl.2

1943 Świadectwo ukończenia klasy drugiej

 
Z DZIEJÓW PARAFII OD KS. PIOTRA SZCZEPAŃCZYKA DO KS. ZYGMUNTA BORATYŃSKEGO

Zbliżając się do bardziej współczesnych dziejów naszej parafii spróbujemy poznać, w miarę możliwości, kapłanów następujących po ks. Mateuszu Klubie - kapłaństwa chlubie. Otóż jego następcą był ks. Piotr Szczepańczyk, który sprawował tu posługę proboszcza przez 16 lat, od 1887 do 1903 r. Tego kapłana poznał już w okresie dziecięcym Andrzej Derjski, ale o nim poematu nie napisał.
W kościele znajduje się pomniczek z godłami kapłańskimi, z napisem:


DOM
Ś+P
X. PIOTR SZCZEPAŃCZYK
od 1887 – 1903 r. proboszcz
Jerzmanowski
przeżywszy lat 60 zm. dn. 20 VI 1903 r.


Ten proboszcz został pochowany w murowanym grobowcu w Jerzmanowicach. Kolejnym proboszczem krótko, tylko trzy lata - od 1903 do 1906 r. - był ks. Wojciech Kamiński. Jego następcą został  ks. Franciszek Nowakowski, który był proboszczem w Jerzmanowicach do 1911 r. Czasy następnego kapłana, ks. Jana Garbusińskiego, od 1911 do 1917 r. opisał ówcześnie żyjący w Jerzmanowicach Józef Pogan w swojej powieści pt. „Na głodnym zgonie”. Były to czasy pierwszej wojny światowej, gdy cała ludność żyła w skrajnej biedzie. Jesienią 1914 r., gdy w skutek ofensywy armii rosyjskiej i ustępowania wojsk austriacko-węgierskich linia frontu zbliżała się do naszej parafii, proboszcz nieustannie nawoływał z ambony do pilnych omłotów zboża i jego ukrycia przed konfiskatą. To pomogło uchronić ludność przed śmiercią głodową. Autorowi ww. powieści utkwiła w pamięci atletyczna budowa proboszcza. Czasem, gdy ksiądz nie zdołał opanować emocji, zdarzały się przypadki nadużycia tej siły w stosunku do parafian. Miała także miejsce sytuacja, w której ksiądz proboszcz zaproponował godne pochowanie  zmarłej nauczycielki ochronki w grobowcu ks. Szczepańczyka. Parafianie jednak uznali, że to nie uchodzi, aby ksiądz był pochowany razem z obcą kobietą.
Ks. Garbusiński przed 101 laty, 8 czerwca 1913 r.,  udzielił ślubu moim rodzicom – miało to miejsce jeszcze w zaborze rosyjskim, gdy była tu Gubernia Kielecka.
W 1917 r. przybył do naszej parafii nowy proboszcz, ks. Zygmunt Boratyński. Jego działalność została opisana przez Józefa Pogana w tej samej powieści pt. „Na głodnym zagonie”, w następujący sposób:
Na plebanii i w kościele wiele się zmieniło. Biskup zabrał gdzieś wielko-mocnego księdza, a przysłał innego. I właśnie małego, jakby wiedział, że tamtego się bali. Ten mały nie bił już nikogo, tylko słowami karcił. Był pracowity, rzutki i tak samo wszędzie zaprowadzał nowości: postarał się o nową złocistą lampę do kościoła, o lichtarze, o chorągwie, obrazy... W ogrodzie plebańskim zasadził wiele drzew owocowych, otoczył go wraz z plebanią nowym ogrodzeniem i wprowadził wiele ulepszeń. Założył też Kółko Rolnicze, Stowarzyszenie Młodzieży, a nawet bibliotekę parafialną. Pozyskał sobie miano wielkiego opiekuna parafii. Niektórzy wieśniacy sarkali, niektórzy zaś chwalili księdza i dawali pieniądze na „nowości”.
Ten opis świadczy dobitnie o tym, jak wspaniałym był Ks. Boratyński duszpasterzem, opiekunem i gospodarzem parafii, pomimo, że proboszczem był tu zaledwie dwa lata, do 1919 r. W tym czasie Polska po 123 latach niewoli odzyskała niepodległość. Nie tylko  nasza parafia szczyci się ks. Zygmuntem Boratyńskim. Zasłynął on swoją wspaniałością również w swej nowej parafii, w Wawrzeńczycach  (Gmina Igłomia- Wawrzeńczyce), gdzie był inicjatorem remontu kościoła, plebanii, cmentarza. Zaprowadził plantację kukurydzy i tytoniu, był jednym z założycieli Kasy Stefczyka. Został tam uznany za wybitną postać regionu wszech czasów, obok urodzonego w Igłomii Adama Chmielowskiego - św. Brata Alberta.


Zygmunt Krzystanek

    

beztytuu
Metryka ślubu moich rodziców - jest wystawiona i podpisana przez ks. Zygmunta Boratyńskiego w dniu 25 września 1918 r., gdy ta część naszego kraju była jeszcze pod zaborem  austriackim. Ślubu - 8 czerwca 1913 r. - udzielił  ks. Jan Garbusiński. Uwagę zwracają imiona moich dziadków: Cyprian i Eufrozyna, z domu Kozera (mieszkała obok kościoła).

 
Z DZIEJÓW PARAFII Ksiądz Mateusz Kluba – duchowieństwa chluba

W poprzednim numerze Natanaela pisałem o dziejach parafii w XVII w., które wplecione były w burzliwą historię naszej ojczyzny, już wówczas zwiastującą początek jej upadku. Dwa wieki później, w drugiej połowie XIX w., Polska już nie istniała, a nasza parafia od kilku dziesięcioleci znajdowała się w zaborze rosyjskim, na którego terenie konsekwentnie przeprowadzano rusyfikację.


W tych czasach nastąpił wielki przełom społeczny - zapowiedziane przez władze powstania styczniowego w 1863 r. uwłaszczenie włościan zastało zrealizowane przez władze carskie w 1864 r. Działanie to miało na celu odwrócenie uwagi chłopów od powstania i odciągnięcie ich od walki. Chłopi nie czuli się w owym czasie pełnoprawnymi obywatelami. Byli bowiem tylko użytkownikami ziemi, a nie jej właścicielami. Zmuszano ich do bezpłatnej pracy i danin na rzecz właściciela. Pańszczyzną było objętych ponad 80 % społeczeństwa. Władza sądownicza należała do właściciela, tylko mieszkańcy posiadłości królewskich (Jerzmanowice, Gotkowice) mogli dochodzić sprawiedliwości w Referendariach królewskich. Właściciel mógł sprzedać wieś wraz z jej mieszkańcami - chłopami przywiązanymi do ziemi, której nie byli właścicielami. Była to zatem de facto forma niewolnictwa. Położenie chłopów i samoświadomość tej sytuacji tłumaczy niewielki udział mieszkańców wsi w powstaniach narodowych. W styczniowym zrywie narodowym potwierdzony jest udział tylko jednego mieszkańca naszej gminy, mianowicie Jana Bieńczyka z Sąspowa.


Uwłaszczenie chłopów ziemią przez nich użytkowaną nastąpiło najwcześniej w zaborze pruskim - już w 1823 r., następnie w austriackim – w 1848 r. (Radwanowice czy Modlnica zatem wcześniej cieszyły się tym uwolnieniem), a dopiero 16 lat później – w 1864 r. w zaborze rosyjskim. Zmiany te dokonywały się na całym świecie –  zniesienie niewolnictwa miało miejsce w USA w 1865 r., a w Brazylii dopiero w 1888 r.
Opisanym zmianom społecznym w Polce nie towarzyszyły zmiany polityczne.
W 1873 r. do naszej parafii przybył ks. Mateusz Kluba. Jego następca, ks. Piotr Szczepańczyk był tu od 1887 r. do 1903 r. z czego wynika, że ks. Mateusz był tu proboszczem przez 14 lat i dokończył budowę obecnie istniejącego kościoła. Trwała ona ponad pół wieku – od 1827 do 1884 r. Pamiątkowa tablica konsekracji kościoła z 1884 r. znajduje w ścianie świątyni.


Działalność duszpasterska, społeczna i oświatowa ks. Mateusza Kluby znalazła uznanie, wdzięczność i uwielbienie współczesnych parafian i następnych pokoleń. Dowodem tego jest poemat Andrzeja Derejskiego z 1933 r. pt. „Stara szkoła”, który został napisany prawie pół wieku po śmierci tego kapłana. Autor utworu, którego fragment zamieszczamy poniżej, urodził się w 1895 r. Zatem wiedzę o opisanych wydarzeniach czerpał z opowiadań swoich rodziców i innych parafian.
Dla jasności podaję objaśnienia niektórych informacji zawartych w tym wierszu. Otóż starą szkołą nazwano nieistniejący już budynek murowany, w którym kiedyś była karczma przykościelna, następnie szkoła, później remiza strażacka, a także sala kina objazdowego. Budynek ten nie istnieje już od wielu lat.
Wspomniany w wierszu Leon Półtorak był wówczas właścicielem dworu w Łazach. Na cmentarzu grzebalnym, który do lat czterdziestych ubiegłego stulecia zamiast ogrodzenia miał tylko ziemne obwałowanie, znajduje się ogrodzona kwatera rodziny Półtoraków. Prawdopodobnie są to najstarsze nagrobki na tym cmentarzu (z 1887 r.). Wymagają one gruntowej opieki.
Jak wiadomo, ostatnim właścicielem dworu w Łazach, przed upaństwowieniem w 1945 r., była rodzina Truszkowskich. Dr Marceli Truszkowski, wybitny działacz społeczny i gospodarczy, zmarł w 1949 r. po powrocie z obozu jenieckiego. Spadkobiercy jego córek, Moniki i Krystyny (prof. paryskiej Sorbony) zwrócili się obecnie do wojewody małopolskiego o zwrot budynku, w którym znajduje się Schronisko Młodzieżowe.


Natomiast Józef Ostachowski (1883 - 1960) z Sułoszowej był wybitnym działaczem społeczno-politycznym. Po odbyciu służby wojskowej w carskiej armii w Kursku w latach 1905-1907, był aktywnym działaczem niepodległościowym, kilkakrotnie aresztowanym. Odwiedzał wiele wsi, również Jerzmanowice. W 1919 r. został posłem na sejm i wicemarszałkiem. W czasie okupacji organizował ruch ludowy.
Wspomniana w wierszu Ochrana była tajną policją carską.
Mam nadzieję, że ten artykuł przyczyni się do ocalenia od zapomnienia wspaniałego kapłana naszej parafii, ks. Mateusz Kluby, o którym pisał Andrzej Derejski.


 Zygmunt Krzystanek


Fragment wiersza pt. „Stara szkoła”.

Właśnie przybył do wioski ksiądz Mateusz Kluba
Dotąd jerzmanowskiego duchowieństwa chluba,
Który był synem chłopa i ze wsi pochodził
On na pierwszym zebraniu rolników przewodził
I wskazał im powody zubożenia wioski:
Karczma, próżniactwo i brak duszpasterzy troski
O moralne zasady wśród wiejskiego ludu!
Wy macie nastawienie, żeby czekać cudu
Na roli i w ogrodzie, spichlerzu i oborze!
Otóż cudów tych nie ma i być nie może,
Dopóki karczma będzie istnieć przy kościele,
Dopóki wśród was będą kieliszki czciciele
Dopóki się kultura we wsi nie rozwinie
I dopóki lenistwo wśród was nie zginie!
Od dzisiaj usuwamy karczmę z tego domu
I nie pozwolimy jej prowadzić nikomu
Choćbyśmy mieli nakaz od gubernatora!
Ja dokładnie tą sprawę omówiłem wczoraj
Z gronem światlejszych z naszej parafii osób
I na uzdrowienie wsi mam realny sposób.
Na zebranie wieśniaków w następną niedzielę
Z udziałem instruktorów przyszło osób wiele
Omówione zostały ważne wiadomości
O warzywach i zbożu wysokiej jakości,
O zwierzętach i drobiu nieznanej tu rasy,
O podziale przędziwa i wełny na klasy,
O narzędziach rolniczych do uprawy roli
I o nawozie sztucznym w kształcie ciemnej soli.
Takie i tym podobne rolnicze zebrania
Utrwaliły w wiśniakach słuszne przekonania,
Że posiadana przez nich ziemia chociaż marna,
Może rodzić obfite warzywa i ziarna
Tylko po założeniu rolniczego koła.
Koło takie powstało i znów Stara Szkoła
Stała się środowiskiem życia kulturalnym.
Władze go nie uznały ośrodkiem legalnym

I choć składano protest do samego cara
Prześladowano członków, sypała się kara
Na zarząd, lecz wieśniacy trwali nieugięcie
Pracowali nad siły wytrwale, zawzięcie
Sprowadzając narzędzia z Krakowa,
Ziarno dobrych gatunków z okolic Miechowa,
Krowy, świnie i ptactwo z hodowli w Pilicy
I wełnodajne owce spod czeskiej granicy.
Zaraz się dały widzieć sukcesy na polu!
Zboża rosły obfite, bujne beż kąkolu,
Ogrody wydawały warzywa obfite
W sadach rosły owoce piękne, smakowite,
W oborach widać było żywioł rosły, zdrowy
Z dużymi wymionami tłuste rabe krowy
Oraz całkiem podobne do matek cielęta
A w kojcach gatunkowe kury i kurczęta.
Pojawiły się we wsi murowane domy
Kryte twardą dachówką, nie strzechą ze słomy,
Znikały powoli krymki, gunie lniane,
Noszono już ubrania z sukna i wełniane,
Słowem wieś w szybkim tempie stawała na nogi.
Los dotąd sprzyjający zmienił się na wrogi
Bo szanowany proboszcz nagle zachorował
I nie było nadziei wcale by wyzdrowiał,
Gdyż sprowadzony znachor ze wsi Gorenice
Kazał mieć w pogotowiu święconą gromnicę!
A pod oknem chorego wsadzić krzak jaśminu,
Bo takie było wówczas mniemanie wśród gminu,
Że kwiat ten wzmacnia siły i przywraca zdrowie
Tym razem nie sprawdziło się ludzkie przysłowie,
Ponieważ stan chorego pogarszał się stale,
Nie pomogły kwiaty, kliniki szpitale
Z najtroskliwszą opieką jaką mają chorzy,
Nie pomogli słynni lekarze, doktorzy
I cenne ich zabiegi oraz drogie leki,
Bo chory proboszcz zamknął na zawsze powieki.
Po upływie dni czterech tej ciszy śmiertelnej
Rozkołysał się mocno wielki dzwon kościelny,
Który wzywał lud wierny, rano do kościoła
Niebawem wszystkie drogi wiodące do sioła ,
Wyglądały tak barwnie jak kwiaty na grzędzie
Bo już wszyscy wiedzieli że dziś się odbędzie
Pogrzeb ukochanego przez ludzi plebana.
Młodzieńcy wystrojeni od samego rana,
W sukmany oraz czapki z pawimi piórami.
Stroili drogę przez wieś, lipy gałęziami,
Dziewczęta jak syreny piękne i rumiane
W gorsety krakowskie ubrane,
Przystrajały kwiatami pogrzebowe bramy
I portrety zmarłego oprawione w ramy,

Kobiety wiły wieńce z zieleni i kwiatów
Pięknych róż i lilii, jaśminu, bławatów
Mężczyźni urządzali na wozie wzniesienie
Na widoczne dla wszystkich trumny ustawienie,
Zaprzęgali do wozu cztery konie białe,
Przybrane w kir żałobny i uprząż krakowską
Ze słynną w okolicy modą jerzmanowską.
W południe jerzmanowskie społeczeństwo całe
Mężczyźni i kobiety oraz dzieci małe,
Wychodzili z kościoła przy odgłosie dzwonów
Z wielką liczbą sztandarów oraz feretronów,
Wszyscy ze łzami w oczach i sercem wzruszonym
Przyglądali się zwłokom na marach niesionych
Do przybranego w piękne wieńce karawanu
Na którym położono zaśniętego w Panu,
Szczątki wielkiego księdza Mateusza Kluby!
Teraz bez przygotowań i uprzedniej próby
Odbyło się tak piękne księdza pożegnanie,
Że widać było z niego jakie przywiązanie
Ma lud do prawdziwego pasterza- kapłana!
Pochód na który ludność czekała od rana
Ruszył teraz w kierunku Królewskiej Kaplicy
Gdzie już krewni i orszak z księdza okolicy
Czekali na przyjęcie prochów umarłego.
A lubiany przez księdza organista wiejski
Nazywany powszechnie Tomeczek Derejski,
Z Leonem Półtorakiem dziedzicem na czele,
Kończyli już błagalne -żałobne śpiewanie:
„Wieczny pokój racz mu dać Dobry Jezu Panie!”
Szybki rozwój rolnictwa wsi Jerzmanowice
Zaciekawił ogromnie dalsze okolice.
Stąd w dni wolne od pracy święta i niedziele
Przybywało do wioski gospodarzy wiele
Po zasięgnięcie porad Rolniczego Koła,
Gdzie nabywali także nasiona i zioła,
Niespotykanej dotąd u siebie jakości,
Raz przybyli do Koła w charakterze gości
Dwaj młodzieńcy z sąsiedniej Sułoszowej wioski
Jeden instruktor rolny, drugi Ostachowski,
Którzy odbyli dłuższą z zarządem odprawę,
Niby to omawiali ważną, rolną sprawę.
Było to już dziesięć lat po księdza pogrzebie.
Ledwie zorze poranne zabłysły na niebie
Gdy we wsi się zjawiła z Olkusza Ochrana
Działalność której była wszystkim dobrze znana
To też powstało wielkie zaniepokojenie!
Ludzie zbudzeni ze snu chodzili jak cienie,
Około swoich domów, albo po oborze,
Niektórzy uciekali do lasu lub w zboże!
Po południu zwołano całej wsi zebranie
Na którym mówił tłumacz, tak kończył zdanie:
„Podajemy wam dzisiaj to do wiadomości,
Byście wszyscy wiedzieli do jakiej godności
Podniesiona została wasza wieś bogata
Choć dobrze o tym wiemy, że pies po niej lata
I dużo zwolenników wśród chłopów posoada.
Narada z Ostachowskim dużo o tym gada!
Niech buntowszczyki wiedzą, ze im nie pomoże
Chowanie się do lasu albo w gęste zboże,
Bo i tam ich dosięgnie zasłużona kara,
W myśl statutów rządowych i ukazów cara!
Car nie chce , by wieś wasza grzęzła dalej w smołę
Więc zamyka wam Koło, a daje wam szkołę!
I tak w onym budynku zwanym Stara Szkoła
Powstała na wsi polskiej czysto ruska szkoła.

1933 r.  A. Derejski
 

p1040358

p1040359

Powyższe zdjęcia przedstawiają kwatery na cmentarzu byłych właścicieli dworu w Łazach

 

p1040389

Tablica pamiątkowa konsekracji kościoła z 1884 r.

 

 
Z DZIEJÓW PARAFII. Historia kościelnej kuny.

Zbliża się 360 rocznica „potopu szwedzkiego”, który się rozpoczął w 1655 r. Skutki tego najazdu były katastrofalne dla całego kraju, a szczególnie dla naszego regionu i parafii, o czym świadczy lustracja z 1660 r. Opustoszało trzy czwarte gospodarstw w Jerzmanowicach i Gotkowicach, leżących przy trakcie z Krakowa do Olkusza. Tędy ustawicznie przemieszczały się wojska nieprzyjacielskie i polskie. Rabunki i konfiskaty były codziennością. Cały inwentarz żywy został zabrany przez nieprzyjaciela. Zubożenie tutejszych mieszkańców trwało długie lata. Nawet jeszcze po trzydziestu latach ilość uprawianej ziemi nie zbliżała się do stanu sprzed najazdu Szwedów. Kolejnym ciosem była epidemia dżumy, która w latach 1677-1680 dokonała dodatkowego spustoszenia.

Mimo zbiednienia ludności, dwór, państwo i kościół nie zrezygnowały z należnych świadczeń. Dokumenty historyczne świadczą o tym, że dochodziło do żenujących zatargów. W roku 1669 r. pleban jerzmanowicki, ks. Wojciech Zagacki pozwał poddanych ze wsi Jerzmanowice i Gotkowice przed Trybunał Koronny i Referendarię o zatrzymane przez nich od sześciu lat meszne (należność za odprawianie mszy święj), czyli dziesięcinę snopową. Trwało wówczas czteroletnie panowanie króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego (1669-1673), o którym złośliwi mówili, że chociaż znał podobno siedem języków, to w żadnym nie miał nic do powiedzenia. Król zagroził swoim poddanym osadzeniem w kunie przy kościele w ciągu czterech świąt i niedziel podczas nabożeństwa, jeśli obowiązku nie dopełnią. Po odsiedzeniu kary, każdy z nich miał nadto zapłacić na szpital lub naprawę kościoła po sześć grzywien. Gdyby to nie pomogło w odzyskaniu należności, wówczas urząd krakowski miał prawo zająć bydło o wartości zaległego mesznego. W przypadku oporu, z każdej wioski miało być wziętych po czterech najsilniejszych chłopów, których następnie należało osadzić w wieży krakowskiej na tak długo, aż się z obowiązku kościelnego wywiążą. Pozwani chłopi nie zgłosili się na rozprawę w Warszawie w dniu 31 stycznia 1670 r. z powodu braku pieniędzy na podróż, pisarzy, adwokatów. Wyrok zapadł więc zaocznie.

W 1671 r. ks. proboszcz Wojciech Zagacki ponownie zwrócił się do urzędów w tej samej sprawie. Wówczas Jan Wielopolski z Pieskowej Skały nakazał uiszczenie należnej kościołowi dziesięciny, grożąc karą kuny. Urząd grodzki krakowski zdołał zmusić opornych do uiszczenia długu plebanowi. Ks. Jan Wiśniewski w swojej książce „HISTORYCZNY OPIS” skomentował to zdarzenie następującymi słowami: „Miłe czasy i mili ludzie”. Obecny papież Franciszek użyłby prawdopodobnie jeszcze mocniejszego komentarza.
Widząc wyniszczenie mieszkańców jerzmanowickiej parafii, Jan Sroczyński, pochodzący z Jerzmanowic bogaty kupiec krakowski, kupił w 1682 r. za 45 florenów 15 zagonów ziemi w Jerzmanowicach i ufundował w 1686 r. szpital dla ubogich, a w 1690 r. – kaplicę. Była to kropla w morzu potrzeb, ale świadczyła o dobrej woli osoby świeckiej ulżenia doli ubogim poprzez zapewnienie im opieki.
Ufundowana kaplica istnieje nadal i jest najstarszym zabytkiem murowanym w naszej gminie. Elewacja została ostatnio pięknie odnowiona, za co należą się podziękowania i wyrazy uznania dla inicjatorów tego dzieła. Ciągle jeszcze czeka restauracja wnętrza i przywrócenie obiektu do pełnienia roli miejsca kultu religijnego, jako że fundator Jan Sroczyński w swoim testamencie napisał: „Księdzu plebanowi irzmanowskiemu, teraz i na potym będącemu, który tym ubogim sakramenta święte administrować powinien i w kaplicy szpitalnej msze święte odprawiać”.

Takim przykładem – ale czego przykładem? Proszę uściślić. - może być kontynuowanie kultu religijnego w Sanktuarium bł. Salomei w Grodzisku koło Skały, które leży na szlaku pielgrzymkowym do grobu św. Jakuba w Santiago de Copostela.
Zygmunt Krzystanek

04290001

Obecny wygląd kościoła pw. św. Bartłomieja w Jerzmanowicach

p1030017Kościół drewniany w Racławicach. Podobnie mógł wyglądać kościół w Jerzmanowicach w czasach ks. Wojciecha Zagackiego, wokół którego był cmentarz grzebalny.

15887467Tak wyglądała 6 lat temu, przed remontem kaplica pw. św. Jana Chrzciciela.

 
Z DZIEJÓW PARAFII Wspomnienie o ks. Eugeniuszu Wojtacha, doktorze filozofii, magistrze teologii oraz o siostrze Mariannie Polak

 Aby wyczerpać temat powołań kapłańskich z rodziny Żurowskich należy wspomnieć jeszcze o jednym kapłanie. Józefa Żurowska-Wojtacha, córka Jana Żurowskiego, urodzona w Łazach, osiedliła się w Sławkowie. Jej syn Eugeniusz , urodzony 30 grudnia 1920 r. zdał maturę w Olkuszu w 1939 r. Następnie wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Kielcach i święcenia kapłańskie otrzymał 17 marca 1945 r. z rąk ks. bpa Czesława Kaczmarka.
Jako wikariusz pracował kolejno w parafiach: Miechów, Sąspów i Nowe Brzesko. Specjalizował się w głoszeniu rekolekcji i prowadzenia misji parafialnych, nawet poza swoją diecezją. Kontynuował studia filozoficzne, uzyskując doktorat filozofii. Prowadził wykłady w Śląskim Seminarium Duchownym w Krakowie. Opublikował szereg prac naukowych w czasopismach filozoficznych w kraju i za granicą. Dokonał przekładu bizantyńskiego hymnu Akatist „Nieszpory do Matki Boskiej” i przystosował do użytku kościelnego na stulecie ogłoszenia dogmatu Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny. Ten hymn w liturgii bizantyńskiej był śpiewany w sobotę przed piątą niedzielą Wielkiego Postu. Był również kapelanem Zgromadzenia s.s. Kanoniczek Ducha Świętego. Proboszczem parafii w Nowym Brzesku został mianowany 1969 r. i tą funkcję pełnił do 1977 r.
Jego przedwczesną śmierć 24 września 1977 r. spowodował nowotwór. Uroczystość pogrzebowa odbyła się w Sławkowie z udziałem ks. bpa J. Grudy sufragana kieleckiego, kilkudziesięciu kapłanów z różnych diecezji, rodziny i licznych wiernych.

Było już o powołaniach do stanu duchownego osób z Gotkowic i Łaz, więc pozostały jeszcze Jerzmanowice. Stąd pochodziła siostra Marianna Polak, córka Jana i Zofii z d. Odrobina, utrzymujących się z uprawy ziemi. Była najstarszą z pięciorga rodzeństwa. W maju 1936 r. przystąpiła do I Komunii św. w parafii św. Bartłomieja w Jerzmanowicach. Tu też, z rąk ks. bpa Franciszka Sonika otrzymała 23 sierpnia 1941 r. Sakrament Bierzmowania. W roku 1940 ukończyła naukę w miejscowej szkole powszechnej. Od młodych lat odznaczała się wyjątkową pobożnością i gorliwością w służbie bożej. Jak napisał ówczesny proboszcz, ks. Jan Rachtan,  była mu pomocą w pracy duszpasterskiej; przez dwa lata przygotowywała dzieci do spowiedzi i Komunii Św., ucząc katechizmu. Była czynną druhną Stowarzyszenia Młodzieży oraz należała do Zarządu „Caritas”, jako kierowniczka powstającego biura. Ukończyła specjalny kurs w Kielcach dla pomocnic parafialnych, prowadzonym przez ks. Mariana Łuczyka i s. Franciszkę Popiel, urszulankę SJK. W Kielcach też, jako dwudziestoletnia dziewczyna, wstąpiła do Zgromadzenia, gdzie ukończyła kurs kroju i szycia. Po odbyciu nowicjatu w Pniewach i złożeniu profesji zakonnej pozostała w domu pniewskim do 1965 r.  Pracowała w szwalni i w miejscowym PGR, po upaństwowieniu majątku Zgromadzenia w 1950 r. Była zakrystianką w zakonnej kaplicy, otaczając opieką koło ministrantów. Zawsze bardzo staranna i dokładna w pracy, od października 1965 przez 8 lat z oddaniem służyła Kościołowi w dużej, miejskiej parafii w Policach. Ze względów zdrowotnych w 1973 r. wyjechała do Zakopanego, gdzie pozostała już do śmierci. Tu dość radykalnie zmienił się charakter jej pracy: usługiwała gościom, robiła zakupy, a w późniejszych latach pracowała w szwalni, służąc nieomal do końca swych dni umiejętnością szycia. W każdej pracy, przy każdej posłudze pozostawała osobą niezmiernie życzliwą i otwartą na każdego człowieka. Jej troska o bliźnich miała źródło w dobroci serca, ale także w doświadczeniu własnej choroby (cukrzyca). Cechowało ją też duże poczucie humoru. Była człowiekiem rozmodlonym, jej umiłowaną modlitwą był różaniec, którym ogarniała wszystkich, z którymi się zetknęła - nawet spotkanych przelotnie, a zwłaszcza tych, którzy byli w jakiejś potrzebie. Jej głębokie życie modlitewne owocowało w codziennym życiu radością, ofiarnością, wdzięcznością za najmniejsze dobro.

Pragnę serdecznie podziękować siostrze Weronice Oman z Sanktuarium Św. Urszuli Ledóchowskiej w Pniewach za udzielenie mi informacji na temat siostry Marianny Polak.

Zygmunt Krzystanek

mariannPOLAK Marianna, siostra Maria Wanda od Dzieciątka Jezus
Urodzona: 25 stycznia 1926 r. w Jerzmanowicach
Wstąpiła do zakonu: 21 października 1946 r. w Kielcach
I ślubowanie: 15 sierpnia 1949 r. w Pniewach
Zmarła: 4 kwietnia 2009 r. w Zakopanem
Spoczywa na cmentarzu: Zakopane, ul. Nowotarska
          

Aby ocalić od zapomnienia jeszcze inne osoby z naszej parafii, które zostały powołane do stanu duchownego, prosimy rodziny lub znajomych o udostępnienie informacji o nich.

Kontakt: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. lub bezpośrednio z Księżmi bądź osobami z Diakonii Liturgicznej.

 
Z dziejów parafii. Wspomnienie o ks. kanoniku Józefie Żurowskim z Łaz z najnowszą historią w tle.

Kontynuując temat powołań do stanu duchownego z naszej parafii, po siostrach zakonnych, teraz o powołaniu kapłańskim.
Na wstępie pozwolę sobie zauważyć, że dzieje zacnego rodu Żurowskich zasługują już od wieków na szacunek i poważanie.Dowodem tego jest przywilej królewski, którego wstęp brzmi następująco:„August Drugi z Bożej łaski Król Polski, Wielki KsiążęLitewski, Ruski, Pruski, Mazowiecki, Żmudzki, Kijowski, Wołyński, Podolski, Inflancki, Smoleński, Czernichowski, a takżeKsiążę Dziedziczny Saksonii i Książę Elektor i.t.d.

Niniejszym oznajmiamy każdemu i wszystkim, do kogo to należy, że zgodziliśmy się i pozwalamy Aktem niniejszym Szlachetnemu

Tomaszowi Błońskiemu, by mógł i miał prawo z całego prawa swego, jakie na mocy przywileju posiada do Sołtysostwa w Jerzmanowicach, zrzec się i przelaćw zupełności to prawo na osoby Szlachetnych: Jana Michała Żurowskiego, towarzysza chorągwi pancernej SzlachetnegoJózefa Załuskiego, starosty Rawskiego, i żony Żurowskiego Anny z Radzimowskich, a także [na osoby] Krzysztofa, Piotra, Michałai Zuzanny Żurowskich ich prawnych spadkobierców. […] „

„Zastrzegamy wszystkie prawa należące Naszej Władzy Królewskiej, prawom Rzeczypospolitej i Kościoła Katolickiego.Na świadectwo powyższego dokumentu ręką Naszą podpisujemy pieczęcią Królestwa umacniamy. Dan w Warszawie dnia 12 kwietnia 1724 roku, panowania zaś Naszego roku 27. August Król. „

W tamtych czasach ród Żurowskich był osiadły w Jerzmanowicach, posiadłości królewskiej i nabył prawo dziedziczne do sołtysostwa jerzmanowickiego.

W tej rodzinie istniał zwyczaj, że w każdym pokoleniu syn pierworodny otrzymywał imię Jan, co przetrwało do czasów   współczesnych.Przeprowadzka do Łaz nastąpiła dopiero pod koniec dziewiętnastego wieku, za sprawą Jana Żurowskiego [19.11.1863 -22.02.1953],zdjęcie nr 1 i ta rodzina była wówczas, oprócz dworu,  najzamożniejszą w Łazach.

Na zdjęciu nr 2 z 1947 r. widzimy go  [pośrodku] w otoczeniu czterech synów [od lewej[: Piotr, dr med. Ludwik [laureat Instytutu Yad Vashem

w Jerozolimie za ratowanie Żydów w Krakowskim Getcie], Jan Michał i ks. kan. Józef. Ks. kan. Józef Żurowski urodził się 14 sierpnia 1885 r. w Łazach. Po ukończeniu szkoły średniej i seminarium duchownego w zaborze austriackim otrzymał święcenia kapłańskie w Kielcach od ks. bpa Augusta Łozińskiego.
Ks. bp Czesław Kaczmarek mianował 2 lipca 1947 r. ks. kan. Józefa  proboszczem w parafii Sokolina pw Św. Michała Archanioła,w dekanacie Kazimierza Wielka.Parafia ta powstała już w 1326 r., a istniejący kościół barokowy został wzniesiony w 1651-60 r.Ks. kan. Józef zmarł w 1957 r. i jest pochowany w grobowcu rodzinnym swojego brata dra Ludwika na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.W tym samym czasie jego młodszy brat Jan Michał urodzony 20.09.1897 r. udzielał się na rzecz tutejszej społeczności będąc członkiem Komitetu Ratunkowego i Gminnej Rady w Sułoszowej w 1917 r., jeszcze pod zaborem austriackim, ale pieczęć gminna posiadała już wizerunek polskiego orła w koronie. Wówczas jeszcze ciągle trwała pierwsza wojna światowa i na okupowanych terenach działały:Główny Komitet  Ratunkowy w Lublinie, Powiatowy w Olkuszu i Gminny w Sułoszowej. Celem tych komitetów było niesienie pomocycharytatywnej głodującej ludności na terenach wyniszczonych przez działania wojenne. Fundusze pochodziły  od władz okupacyjnych oraz

od Książęco-Biskupiego Komitetu Pomocy. Wsie utrzymywały się tylko z rolnictwa, a obsianych było tylko ok. 37% ziemi ornej.Ziarno z powiatu miechowskiego przynoszono na plecach, ponieważ wszelkie zwierzęta były zjedzone przez wojsko. Już w 1914 r., gdy tuw jesieni zatrzymał się front na siedem tygodni i wojsko skonfiskowało wszelką żywność, to żołnierze zjadali nawet głąby pościętej kapuście pozostawione na polu.Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. Jan Michał służył w Polskim Wojsku. Brał również czynny udział w wojnie obronnej w 1939 r.W czasie pacyfikacji Łaz 16 lipca 1943 r. za współpracę z partyzantami, był  jednym z najbardziej torturowanych mieszkańców Łaz.Zmarł 19.11.1989 r. i jest pochowany w Jerzmanowicach.


Za udostępnienie zdjęć i dokumentów z archiwów rodzinnych słowa podziękowania niech zechce przyjąć Pan dr med. Czesław Żurowski,urodzony w Łazach w 1927 r., były dyrektor i ordynator Szpitala Kolejowego w Krakowie. Obecnie lekarze seniorzy, Krystyna i Czesław Żurowscyoprócz świadczeń lekarskich od wielu lat są zaangażowani w charytatywną pomoc ludziom bezdomnym i ubogim w ramach działalnościStowarzyszenia Lekarze Nadziei, które to w 2013 r. zostało nominowane do nagrody TOTUS, za ofiarną i skuteczną pracę narzecz najbardziej potrzebujących, inspirowaną wartościami chrześcijańskimi.

Zygmunt Krzystanek

 

1zur

Senior rodu Jan Żurowski [1863-1953]

 

2zur

Pośrodku Jan Żurowski, a od lewej synowie: Piotr, dr Ludwik, Jan Michał i ks. kan. Józef  w r. 1947.

 

3zurDr Czesław Żurowski

 

4zurRok 1993, następne pokolenie, synowie Jana Michała: [od  lewej] mgr inż. Kazimierz, lek wet. Stanisław, dr med. Czesław, mgr prawa Jan, mgr rolnik Tadeusz.

 

5zur

Jan Michał [po lewej] po r. 1918

 

6zur

Zaświadczenie Jana Michała

 

7zurKs. kan. Józef [po lewej] w parafii Sokolina

 

zdjecie 08jpg

 Ks. kan. Józef

 

 

 

 

Po niżej nominacje ks. kan. J. Żurowskiego na proboszcza parafii Sokolina.

 

nominacja 01

nominacja 02

nominacja 03jpg

 

 

 

 
Z DZIEJÓW PARAFII – Wspomnienie o dwóch siostrach zakonnych z historią najnowszą w tle.

W poprzednim numerze „Natanaela” przedstawiliśmy opis dziejów siostry Marii (wszystkie siostry posiadały to imię), Kajetany (przybrane imię zakonne), Józefy Kiełkowicz z Gotkowic. Aby ocalić od zapomnienia, pragnę zaprezentować także losy siostry Marii, Dawidy (przybrane imię zakonne), Marianny Sygulskiej.

Urodziła się 19 października 1924 r. w Gotkowicach, jako siódme z ośmiorga dzieci państwa Sygulskich. Rodzice: ojciec Cyprian (nota bene mój dziadek), matka Józefa, primo voto Tokaj, z domu Górka. Rodzina była zaliczana do rodzin zamożnych.

Marianna najpierw uczęszczała do szkoły podstawowej w Gotkowicach, a następnie do Jerzmanowic, gdzie siódmą klasę z wynikiem bardzo dobrym ukończyła w roku 1940, otrzymując już świadectwo dwujęzyczne, polsko-niemieckie.W następnych latach zgłosiła się do konspiracyjnej organizacji kobiecej o charakterze polityczno-oświatowym pod nazwą Ludowy Związek Kobiet. Organizatorem była Michalina Ostachowska, córka przedwojennego działacza społecznego, posła i wicemarszałka sejmu ze Sułoszowej –  Józefa Ostachowskiego. W tej organizacji  działał Zielony Krzyż i na terenie ówczesnej gminy Sułoszowa istniały trzy drużyny sanitarne obsługujące partyzantów. Do takiej drużyny należała Marianna i kilka innych dziewczyn z Gotkowic, np. Janina Siudy ps. Joanna, Stanisława Kemona, moja siostra Helena ps. Stokrotka. Do tych drużyn należały również dziewczyny z Jerzmanowic i Łaz. Tajnym szkoleniem medycznym zajmowali się lekarze z Krakowa oraz sułoszowski aptekarz Stanisław Ostrowski. Szkolenia odbywały się w Jerzmanowicach, w domu organisty jerzmanowickiego – Jankowskiego, który to dom pełnił rolę małego szpitala konspiracyjnego Armii Krajowej. Maria Jankowska ps. Sława należała do tych najaktywniejszych działaczek. Każda z nich została wyposażona w środki opatrunkowe, które przechowywały w swoich domach. Sanitariuszki były również przeszkolone w zakresie przysposobienia wojskowego do posługiwania się bronią palną.
W czasach okupacji niemieckiej w Jerzmanowicach były również prowadzone kursy podchorążówki i podoficerskie z udziałem dwudziestu elewów (z fr. élève – uczeń). Podporucznik Piotr Ratoń ps. Len, dowódca grupy dywersyjnej 15 żołnierzy AK z Jerzmanowic i Gotkowic, do chwili jego aresztowania 14 sierpnia 1944 r., dokonał czterech akcji dywersyjnych (15 grudnia 1941 r., 19 lutego 1942 r., 28 grudnia 1942 r., 8 sierpnia 1943 r.) z udziałem wozów taborowych. Po aresztowaniu, 29 sierpnia 1944 r. został osadzony w Auschwitz, jako nr 119211, a następnie 25 stycznia 1945 r. przewieziony do Mauthausen, gdzie został zamordowany 9 kwietnia 1945 r., czyli miesiąc przed zakończeniem wojny.
Istniał również Wojskowy Wymiar Sprawiedliwości i Sądy Polowe z udziałem ławników z każdej miejscowości. Kolaboranci otrzymywali od partyzantów nocne ostrzeżenia, natomiast zdrada Narodu Polskiego była karana śmiercią. Tak się stało z niejakim Misiem, po pacyfikacji w Łazach.
Każde pojawienie się policji wraz  z żandarmerią niemiecką wywoływało przerażenie u wszystkich mieszkańców, również i u Marianny, tym bardziej, ze jej brat Stanisław należał do AK. Taka wizyta mogła skończyć się wywiezieniem na roboty przymusowe do Niemiec [ z całej gminy wywieziono ponad 850 osób], lub aresztowaniem członków AK z powodu donosów lub załamania się pod wpływem tortur osób już aresztowanych.
Najbardziej mroczne czasy okupacji przypadły na 1943 r., kiedy to nasiliły się łapanki uliczne, liczne pacyfikacje (Łazy, Radwanowice), gdy rozpoczęła się  zagłada Polaków na Wołyniu przez ukraińskich nacjonalistów, a Niemcy odkryli masowe groby tysięcy pomordowanych w Katyniu przez Związek Radziecki polskich oficerów, których nazwiska opublikowano w Gońcu Krakowskim. W tym samym czasie nadeszła porażająca wiadomość o katastrofie w Giblartarze i śmierci Wodza Naczelnego gen. Władysława Sikorskiego. W obliczu realnego zagrożenia bytu naszego narodu pogłębiła się wiara w Opatrzność Boską.
Może już w tych czasach Marianna podjęła postanowienie o wstąpieniu do klasztoru?
Późniejsze przeżycia również mogły mieć wpływ na jej powołanie zakonne. W bardzo mroźną i śnieżną noc z 17 na 18 stycznia 1945 r. około 70 radzieckich czołgów T34 należących do 4 Samodzielnego Korpusu Pancernego Gwardii 59  Armii  I Frontu Ukraińskiego, przejechało od Sułoszowej wzdłuż rowu przeciwczołgowego obok jej rodzinnego domu, położonego na skraju Gotkowic, koło Ostrej Góry. Czołgi te następnie skierowały się na Kraków DK 94, ale na styku Gotkowic i Jerzmanowic natknęły się na niemiecki sztab z Jerzmanowic (z Pradelokiem na czele),  który po wysadzeniu radiostacji ze 100 m. masztem, nie zdążył przed wysadzenie mostu przekroczyć rowu  przeciwczołgowego. Czołgiści jeńców nie brali, wszyscy tam zginęli i tam spoczywają. Koło zabudowań Sygulskich jeden czołg zsunął się do rowu przeciwczołgowego, a drugi pozostał do jego asekuracji i wyciągnięcia. W Gotkowicach było jeszcze wojsko niemieckie w białych kombinezonach, wyposażone w narty. Były tam tabory, kuchnia polowa z konnym zaprzęgiem, które ten czołg zmiażdżył i rozpoczął polowanie na niemieckich żołnierzy. Duży ambulans z rannymi żołnierzami został rozbity działem czołgowym.
Mieszkańcy Gotkowic zostali zmuszeni do odkopania kilofami i łopatami z zamarzniętej ziemi unieruchomionego czołgu, pod obstrzałem niemieckich samolotów, które spowodowały pożar jednego z czołgów, ugaszony jednak przez jego załogę. Te wojenne przeżycia mogły ostatecznie wpłynąć na postanowienie Marianny, która po unormowaniu się sytuacji, w wieku 22 lat, czyli w najpiękniejszym okresie swojego życia, 5 maja 1946 r. wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego w Kielcach. Po odbytym nowicjacie i złożeniu 6 stycznia 1949 r. pierwszej profesji w Pniewach powróciła do Kielc. Na stałe do Pniew  powróciła 20 sierpnia 1949 r., gdzie pozostała do końca swoich ziemskich dni.
Gdy w 1950 r. władze PRL-u upaństwowiły majątek rolny Zgromadzenia, siostra Dawida została pracownicą PGR-u. Starała się zawsze pomagać w pracy słabszym siostrom. W 1962 r. poważnie zachorowała i przez dwa lata była unieruchomiona w łóżku gipsowym. Po podleczeniu została skierowana do pracy w zakrystii Sanktuarium Św. Matki Urszuli. Z wewnętrznym skupieniem i pietyzmem czyniła przygotowania do każdej mszy św. Opiekując się ministrantami, uczyła ich właściwego zachowania w zakrystii i przy ołtarzu. Była dla nich matką.

Mimo choroby i cierpienia była zawsze pogodna. W pamięci pokoleń sióstr urszulanek, jak również mieszkańców Pniew, siostra Dawida pozostanie na zawsze wzorem dobroci, życzliwości i pobożności. O swojej rodzinie zawsze pamiętała w gorliwej modlitwie. Taką pozostała do końca życia. Gdy ją spotkałem kilkanaście miesięcy przed zgonem, na pogrzebie jej brata Stanisława w Sopocie (gdzie jest pochowany wraz z żoną Marią z Synowskich), mimo pogrzebowego nastroju także była pogodna. Wówczas jeszcze nic nie zapowiadało rozwijającego się nowotworu, który spowodował jej zgon 16 czerwca 2006 r., w 82 roku jej życia i 61 roku powołania zakonnego. Jest pochowana na cmentarzu Zgromadzenia w Pniewach.
Z jej licznego rodzeństwa pozostał tylko 93 letni brat Józef, cieszący się pełną sprawnością fizyczną i intelektualną, będący obecnie najstarszym mieszkańcem Gotkowic. Ufajmy, że siostra Dawida przez swe zakonne powołanie będzie orędowniczką naszej parafii w niebiosach. Pokój Jej Duszy.
                                                                                
Prośba:  Z naszej parafii były jeszcze inne powołania kapłańskie i zakonne. Gorąco proszę rodziny tych osób (np. Polaków, Filipowskich z Jerzmanowic) o udostępnienie informacji na ich temat.

Okazuje się, że na stronie internetowej Diecezji Sosnowieckiej  nasza parafia należy do wyjątków, ponieważ nie ma wyszczególnionych żadnych powołań kapłańskich i zakonnych, mimo jej istnienia przez siedem wieków. Planuję uzupełnić ten brak informacji.

 

 

                                                                                                                                                                                           Zygmunt Krzystanek

 

 

grb


Pniewy: grób Św. Urszuli Ledóchowskiej.

 

 

 
«pierwszapoprzednia1234następnaostatnia»

Strona 3 z 4

Ciekawostki z przeszłości

Dawne wierzenia i zwyczaje

Statystyka strony

Użytkowników : 2
Artykułów : 281
Odsłon : 173583

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 9 gości